Sunday, 31 October 2010

Tokyo (28, 29, 30 paz)

Dotarlam do Tokyo. Odebralm bagaz z przechowani bagazu na stacji glownej i ruszylam do zabookowanego wczesniej hostelu K’s House Tokyo. Troche pobladzilam na stacji, dotarlam do hostelu pozniej niz sie spodziewalam. Z obserwacji siebie samej widze, ze moj umysl nie wpisuje sie w standardy i ramy japonskiego myslenia. Albo jestem spozniona, albo plany ogonie biora w leb. Hostel okazal sie byc bardzo przyjemny, sporo mlodych ludzi i podroznikow, szybko ulokowalam sie w pokoju. Juz gotowa do snu, probujac napisac pare slow na blogu poznalam dwie brytyjki. Ta znajomosc okazla sie byc kluczowa. Spedzilam z nimi w Tokyo wiekszosc czasu. Tym razem bez zadango planowania, bez myslanie i bez podejmowania deyzji (inaczej: podjelam tylko jedna decyzje), dalam sie poprowadzic przez Tokyo. Oddalam cala odpowiedzialnosc Lea i Ally.
Obudzilam sie w czwartkowy ranek i oslupialam. Wygladam za okno a tam pogoda typowo wyspiarska Disappointed smile No to pieknie, pomyslalam: dzisiaj przesiedze w hostelu i zabookuje dalsz trase podrozy. No ale to oznacza prace, a jak to u mnie, jak mozna sie wymigac od obowiazkow, to z mila checiaWinking smile Dziewczyny nie musialy mnie dlugo przekonywac, ze warto wybrac sie na miasto mimo rzesistego deszczu. Pierwszy wybor padl na dzielnice rozrywkowo-handlowa Shibuya, bardzo popularna wsrod mlodziezy. Wprost ze stacji trafilysmy do Starbucksa gdzie rozposcieral sie widok na jedno z najbardziej obleganych skrzyzowan w Tokyo. Setki parasoli przedzieralo sie na druga strone ulicy tworzac iluzoryczna inscenizacje taneczna. Hm, nawet w deszczu mozna sie czegos ciekawego doszukac Smile Po szybkiej kawce i paru zdjeciach wyruszylysmy na poszukiwanie bankomatu. Skonczyly mi sie yeny. Kilka nieudanych probach i udalo sie w koncu znalezc bank, ktory obsluguje karty Maestro. Wybralam pieniadze, bedzie na dalsze balowanie. Weszlysmy do jednego ze sklepow z odzieza, dopiero co odeslalam ciuchy do Pl a juz kupuje nowe?! Cale szczescie skonczylo sie na zwyklej, lekkiej podkoszulce. Zapadaly ciemnosci. Zdecydowalysmy jechac dalej. Wybor padl na Roppongi, dzielnice kulturowo-handlowa slynna szczegolnie z ciekawego nocnego zycia i kompleksu budynkow najwyzszych w calej Japonii. Nadal padalo i zrobilo sie chlodnawo a ze mijalysmy wlasnie jeden z barow z zywo zachecajaym napisem Happy Hour, postanowilysmy zacumowac na lapeczke winka. Skonczylo sie na dwoch. Po wyjsciu udalysmy sie na Roppongi Hills, gdzie dziewczyny chcialy zobaczyc rozposcierajacy sie widok na Tokyo z jednego z najwyzszych wiezowcow. Odpuscialam sobie ta przyjemnosc jako, ze w deszczu widocznosc jest raczej slaba. W Roppongi zaserwowalysmy sobie obiad w chinskiej (jak sie pozniej okazalo) restauracji i wrocilysmy do hostelu. A tu spotkalam pewnego anglika, ktorego mialam okazje poznac wczesniej w hostelu w Kawaguchiko. Chlopak jest fotografem, spedzil 5 dni czekajac na dobra pogode zeby zrobic fotke gorze. A ta okazal sie byc kaprysna. To sie nazywa zapal. Tego wieczora zebrala sie grupka na wspolny wypad. Parafrazujac cytat ‘All work & no play makes Jack a dull boy’, zdecydowlam sie dolaczyc. Byc w Tokyo i nie spiewac w barze karaoke?! Do tego nielimitowana ilosc alkoholu i zabawa byla przednia Smile Moje umiejetnosci wokalne okazaly sie byc w zupelnosci wystarczajace gdzies w okolicy 3 drinka. Pozniej poszlo gladko. Zabawa trwala do 4 rano. I tak oto, z ogromnym kacem gigantem, rozpoczal sie dla mnie nowy dzien.


DSC_0613
Shibuya skapana w deszczu
 DSC_0609











Piatek z boooolem glowy wstalam, a raczej otworzylam oczy. Pomyslalam, dzis zdecydowanie dzien na ‘prace’. Zostaje w hostelu i robie porzadki, planuje dalsza trase, robie zestawienie kosztow (hehe, cos ze studiow mi zostalo Winking smile), uzupelniam bloga i obrabiam zdjecia. Juz zasiadlam z laptopem na kolanach w lobby. Dziewczyny szykowaly sie do wyjscia, wlasciwie mialy buty juz na nogach gdy zdecydowalam w ostatniej chwili, ze ‘robota’ moze zaczekac. Tego dnia dolaczyl do nas rownie slabo wygladajacy Ozi, ktory dawal czadu z nami na karaoke. Na pierwszy plan poszla dzielnica Shinjuku, gdzie jego zachodnia czesc jest zabudowana super wysokimi wiezowcami (skyscrapers). Wjechalismy na jedna z takich wiez: Tokyo Metropolitan Government, gdzie na 45 pietrze miesci sie obserwatorium z widokiem na cale Tokyo. Miasto chowa sie za horyzontem, a granice sie zacieraja. Wschodnia strona Shinjuku jest jedna z najbardziej zatloczonych miejsc w Tokyo. Codziennie milony mieszkancow przedzieraja sie przez to miejsce. Ta czesc Tokyo slynnie z parkow rozrywki, restauracji, teatrow i kin.

DSC_0615
Widok z Tokyo Metropolitan Government
 Stamtad udalismy sie do kolejnej dzielnicy: Ginza, slynnej z designerskich butikow slynnych projektantow przeznaczonych dla bardziej wyszukanej klienteli, mieniacej sie tysiacem migoczacych neonow i swiatel. Wpadlismy z wizyta do budynku Sony, gdzie uzupelnialismy swoja wiedze o nowinki elektroniczne (cos ala gadzety z przyszlosci). Gadzety nie robia na mnie wiekszego wrazenia, ale i tak bylo kolorow, bajernie i z przepychem. Najlepszy byl maly laptopik wygladem przypominjacy damska torebke! Ekstra, male, lekkie, w sam raz dla podrozujacej kobiety z nadbagazemWinking smile Ciemnosci unosily sie nad miastem. Ogromne telebimy, kolorowe neony, oswietlone wystawy sklepowe zmienily atmosfere Tokyo. To tak jakby wejsc nagle w inny wymiar, nowa rzeczywistosc.
DSC_0657 DSC_0648
DSC_0658
Udalismy sie na wyspe Odaiba, sztucznie usypana na srodku zatoki morskiej aby podziwiac Zatoke Tokijska (Tokyo Bay) i Teczowy Most (Rainbow Bridge) wieczorowa pora. Kolejka niosla nas jakies 15 metrow nad ziemia i krazyla pomiedzy biurowcami i apartamentowcami, a my zagladalismy ludziom do mieszkan. Zatoka Tokijska wygladala zachwycajaco, spokojnie, melancholijnie, bajkowo, jak niebo rozswietlone tysiacem gwiazd. Nie czulam juz przytlaczajacej mocy Tokyo, po prostu tam bylamSmile Bedac dalej na wyspie, udalismy sie dalej do Palette Town. Jest to centrum handlowo-rozrywkowe z imponujacym salonem samochodowym Toyoty. Futurystyczne propozycje aut odjely mi mowe. Zakonczylismy wieczor w tej samej chinskiej restauracji w dzielnicy Roppongi gdzie raczylam swoje podniebienie potrawa z duzych krewetek, przegrzebek (scalops), szparagow i brokulow. Po prostu pychota! W doborowym nastroju, juz bez meczacego bolu glowy udalam sie na zasluzony odpoczynek do hostelu. 
DSC_0685 DSC_0697

DSC_0714
Rainbow Bridge

DSC_0723
Palette Town

DSC_0726
Futuromotor z salonu Toyoty

DSC_0735
Mmmnniammm, chinska uczta w Japonii




W sobote znowu padal deszcz. Okazalo sie, ze wlasnie nad Japonia przechodzi tajfun. Doswiadczenie warte zarejestrowania. Objawil sie on deszczem, chodem i mocniejszym wiatrem. Mysle sobie, w Irl przezylam tysiace takich tajfunow! A tutaj wiekszosc lotow odwolana lub opozniona. Moje dwie brytyjskie znajome wlasnie w sobotni wieczor mialy lot do UK. Poczulam lekkie poddenerowowanie, co tu robic jak i mnie lot cancelluja? Do pracy isc nie musze, wiec obawy jak szybko sie pojawily, tak szybko minely Open-mouthed smile Mimo bardzoooo brzydkiej pogody wyszlam z dziewczynami na zwiedzanie miasta. Udalysmy sie do dzielnicy Akihabara, ‘Elektronicznego Miasta’ gdzie mozna dostaac niemalze wszystko, od zarowek, poprzez kable, sprzet elektroniczny, komputery, telefony, aparaty fotograficzne, etc. Skonczylo sie tylko ogladaniu, podziwianiu i zgadywaniu co jest czym, i do czego sluzy. To bylo jedyne moje wyjscie tego dnia. Reszte przesiedzialam na necie w poszukiwaniu info o niedawno przeszlym tsunami na jednej z wysp indonezyjskich, sprawdzaniu lotow, szukaniu info, czyli jednym slowem nudna praca poszukiwacza przygod. Spakowalam plecak, i z nadzieja na sen, oczekiwalam niedzielnego poranka. Przede mna Singapur.

Saturday, 30 October 2010

Kawaguchiko, Gora Fidzi (27 paz, sroda)

Dzien wczesniej mialam maly problem z dotarciem do hostelu. Jak tylko wysiadlam z autobusu poczulam zminy powiew wiatru na twarzy. Oj, mysle sobie, troche tu chlodnawo a ja zostawilam moj cieplusi polar w przechowalni bagazu w Tokyo Annoyed Damnnnn… Byla juz prawie 20.00 a nad miasteczkiem panowaly ciemnosci. Kierujac sie mapa z ulotki hostelu oczywiscie zbladzilam. Czulam, ze jestem blisko ale krazylam w kolko. Pytalam przechodniow, turystow, dziewczyn w sklepie. ‘Tak to juz tu, blisko, no tam, po ciemku trudno trafic’. Na ulotce zaznaczony byl Onsen, obralam go sobie za cel bo zaraz obok mial byc moj hostel. Oczywiscie nazwa onsenu byla po japonsku! Porownywalam choineczki z ulotki do nazwy onsenu. Tak, bylam na tropie. W koncu po 1h bladzenia trafilam do K’s House Mt. Fuji. Gdy weszlam do srodka okazalo sie, ze recepcja zamknieta. Jednak czekal na mnie klucz w kopercie. Rozlokowalam sie w pokoju (bylam sama – hurra!). Zrobilam sobie herbate, noddle instant, zagadalam do pary Slowencow, wskoczylam na internet. Wrocilam do pokoju i juz w lepszym nastroju usnelam.
Ranek byl cudny. Postanowilam, ze wynajme sobie rower i pozwiedzam okolice. Hostel oferowal wypozyczanie rowerow w ramach uslug. Zasiadlam do mojego niebieskiego rumaka. Kolana mialam pod broda! Taka tutaj moda, ze rowerem to wszedzie i zawsze, a i owszem, ale zeby wykorzystac cala sile nog, to juz niekoniecznie. Sruby zardzewiale, nie dam rady wyregulowac siodelka, a co tam wyprobuje jazde rowerem w stylu japonskim. Bedzie fajnie i bylo!! Blisko do ziemi, dalo sie hamowac nogami lub podpierac w razie potrzeby. Spakowalam recznie narysowana mapke i ruszylam w podroz wokol jeziora Kawaguchiko. Czulam wiatr we wlosach. Przypomniala mi sie jedna z ostatnich scen z filmu Miasto Aniolow gdzie Meg Ryan podczas jazdy na rowerze pozwala promieniom slonca otulac swoja twarz. Czulam sie dokladnie tak samoSmile Ogarnela mnie radosc z bycia w tym miejscu, w tej chwili i w tym momencie. Nic prostrzego, zwykla czynnosc jazdy na rowerze, a to uczucie swobody, wolnosci, milosci przeszylo moje cialo. Milosci do zycia, do chwili, do siebie. Moglabym tak jechac i jechac rozkoszujac sie widokami zatopionej w chmurach Fidzi.  Nie przeszkadzal mi ani chlod, ani przykurcz lydek. Bylo po prostu cudownie Smile
DSC_0597 DSC_0584
DSC_0604 DSC_0608

Wednesday, 27 October 2010

Onsen i inne przygody (25, 26 paz)

Poniedzialek rano obudzil mnie znajomy odglos plynacego z glosnikow hymnu Europy. Na ten dzien zaplanowalam oglone porzadki, pranie, wpis do bloga, uporzadkowanie zdjec, zaplanowanie dalszej podrozy, przejzenie plecaka z mysla o odeslaniu paru bibelotow do domu. Z gory zalozylam ze zostane u Seanow dwa dni. Owszem, pranie wypalilo, blog, zdjecia i dalsza trasa – nie, przeglad plecaka – owszem choc z trudem pozbylam sie rzeczy niezbednych! No bo nie dam rady dzwigac 18 kg na plecach plus ok 8 kg przed soba. W efekcie nikt mnie nie pozna po roku wojazyWinking smile Takze wypakowalam spiwor, kubek, grzalke, gruba bawelniana bluze z kapturem, koszulki, spodenki, buty do tanga (Crying face) etc. W sumie pozbylam sie 5kg. Niezle ale i tak czuje na plecach ciezar. Przede wszystkim dzwigam 3 grube przewodniu lonelyplanet! A to pewnie z 1.5 kg. 
Wieczorem Junko zabrala mnie i jej znajomego do Onsen. Jest to rodzaj goracych zrodel termalnych (hot springs) a Japonia jest jednym wielkim gejzerem, jest nimi wypchana po brzegi (ponad 3000!). Okazalo sie, ze owy onsen byl podzielony na czesc dla pan i osobno dla panow. A przyczyna jest jedna, do onsenu wchodzi sie zupelnie nagusienko! Surprised smile Widocznie niedoczytalam o tym w przewodniku. No ale trudno nie skorzystac skoro sie tak palilam do tego pomyslu. Rozebralam sie do przyslowiowej Ewy i dalej marszem pod prysznic (nie bedzie zdjec – sorrkiWinking smile). Obowiazuje tutaj cala procedura: najpierw mycie i szorowanie mokrym recznikiem (10 min), plukanie i hop do wody. A woda cieplusienka, z babelkami lub bez, z lezankami, z prysznicami, wewnatrz budynku lub na dworze. Ech, najwieksza przyjemnosc mialam z  moczenia swojego umeczonego ciala w cieplej wodzie na powietrzu (lub z malopolskiego ‘na polu’Winking smile) z widokiem na pelnie ksiezyca. Lepiej byc nie moglo Smile
Pomyslalam sobie, no tak, dzis bede spala jak zabita. Niestety, jakie bylo moje rozczarowanie gdy po przyjezdzie ok 10 wieczor zostalam, grzecznie mowic, poproszona o opuszczenie domu Junko i Seana w dniu nastepnym (a nie ubierajac w slowa – wyrzucili mnie na zbity pysk Steaming mad). A z jaka subtelnoscia to robili: ‘mamy duzoooo do zrobienia nie bedziemy mogi poswiecic ci czasu’, ‘jestesmy bardzo busy’, ‘no wiesz Kasia JR pass ci sie konczy, warto abys wyjechala juz jutro’, etc. Zagotowalo sie we mnie. Poczulam sie bardzooo rozczarowana. Do 3 rano opracowywalam plan, gdzie, co i jak dalej. Wybor padl na Gore Fidzi (Fuji) i Tokyo.
Po doslownie 4h snu spakowana i gotowa do drogii po raz ostatnii w tym domu zjadlam tosta i wypilam kawe. Sean odwiozl mnie na stacje. Oczywiscie spoznilam sie na pociag, bo tak to jest kiedy mieszka sie na wsi i jest sie zaleznym od innych! Po paru godzinach dotarlam do Tokyo. Zostawilam wielki plecak w przechowalni bagazu, zabralam tylko recznik, mydlo, klapki, bielizne na zmiane i ruszylam do Kawaguchiko pod stopami Gory FidziSmile

Osaka (24 paz, niedziela)

Wczesnie rano (8am na wakacjach to rano?!) zebralam swoje klamoty i wyruszylam z hostelu by zdazyc na pociag o 9.46 z glownej stacji Kyoto. A ze bylo dosc wczesnie zobaczylam poranek po sobotniej nocy. Szczerze niczym sie nie roznil od widoku dublinskich ulic po weekendzie. Jednym slowem brud, smrod, wymiotujacy ludzie lub pozostalosci i dziewczyny z utlenionymi wlosami utrwalonymi lakierem pamietajacym wczorajsza impreze Smile Tak sobie szlam w kierunku stacji a ze po drodze byl Nishiki Market postanowilam tam zajrzec. Niestety wiekszosc straganow bylo jeszcze nierozstawionych jako, ze zawitalam tam przed 9 rano. Ale z tego co bylo i tak daloby sie zrobic zupe. Dziwnosci i dziwolagi, roznosci rybne i wodnozyjace (np. suszone sardynki!), warzywa surowe, przetworzone i marynowane (np. marynowana rzodkiewka lub baklazan- ciekawe jak to smakuje), slodycze i ciasteczka. Wszystko pieknie zapakowane i podane. Oni sa tutaj w tym mistrzami. Zapakowac prezent w jedwabna chuste (za ok. 15e), ot co, zadna nowosci a jedynie klasyka i elegancja. Papier najlepszej jakosci, kolorem i wzorem dopasowany do orginalnego opakowania. To sie nazywa drobiazgowoscSmile

Dotarlam na stacje. Czekam na pociag. Jestem dobre 20 min przed czasem. To kawka z vending machine (ciepla ale jest i zimna wersja do wyboru) i slodka bula. Umowilam sie o 10 rano z Jessica na stacji Shin-Osaka. Juz jestem spozniona bo zgodnie z rozkladem pociag bedzie w Osaka na 10.03! Podjezdza moja luksusowa super szybka limuzna. Ludzie wysiadaja a ja czekam. Czekam az pan konduktor pozwoli mi wsiasc. Czekam i patrze na niego pytajacym wzrokiem. I nic. Czekam. Az tu pan dmucha w gwizdek, drzwi pociagu zamkaja sie a ja widze tylko jego mglisty, zajefajny ‘tylek’. Podbiegam do pana konduktora a on wzrusza ramionami. Gniew sie we mnie wzbiera, para zaczyna uchodzic uszami. No to jestem na bank spozniona Steaming mad Ide zmienic rezerwacje na pociag pozniejszy. Nastepny za 20 min. A tu nijak skontaktowac sie z Jess. No trudno, bede zwiedzac akwarium sama. W oczekiwaniu na pociag wypisuje druga ture kartek. Zawsze jest czym czas zabic. Pociag przyjezdza, tym razem wsiadam bez pytania, nauczona doswiadczeniem: lekcja nr 2. – wsiadaj, wchodz a najwyzej mnie wywala Smile Z Jessica spotykam sie na dworcu tak jak sie umowilysmy. Dziewczyna w miedzyczasie obczaila jak dotrzec do Ocenarium (czytaj wielkie akwarium z rekinami, rybami i innymi zyjatkami).

Ocenarium, owszem, bylo duze, jak przystalo na japonczykow precyzyjnie i organizacyjnie super dopracowane ale znowu te dzikie tlumy a najwiecej mlodziezy do lat… 5ciu. Jezzusss, mysle sobie, ale wkrecilysmy sie w fun park albo przedszkole. Bylo tak sobie. Troche rybek, troche rekinkow, dwa whale sharks i jakies smieszne skorupiaki. Smutno troche i rozczarowujaco.  Wolalabym zobaczyc to wszystko w rzeczywistosci (i taki tez jest planSmile). Wyszlysmy po godzinie. Szybki lunch na trwie i dalej w pociag. Tego dnia wracalam do Junko i Seana.

DSC_0533 DSC_0559DSC_0563DSC_0539

Tuesday, 26 October 2010

Kyoto – dzien drugi (23 paz)

 

Obudzialam sie rzeska i wypoczeta. Zeszlam do uroczej pani w recepcji i poprosilam o kolejna noc w ryokanie. Mimo zamieszania z karaluchem jakos dobrze sie tam czulam. Pani zakomunikowala, ze wszystkie pokoje ma zabookowane. Przeszukalam wiec hostelworld.com i znalazlam tani hostel. Zadzwonilam i byly miejsca. Happy days! Szybko sie spakowalam, podziekowalam slicznie pani w ryokanie i udalam sie wczesnym rankiem do hostelu. Jakie bylo moje zdziwienie gdy okazalo sie, ze tenze hostel miesci sie na 3,4 i 5 pietrze dziesieciopietrowego budynku! Wszystko poszlo sprawnie i gladko, pan zapoznal mnie z obowiazujacymi zasadami, dostalam klucz do szafki i poszewke na poduszke (?) i wyruszylam na zwiedzanie miasta. Tym razem nastwilam sie na zabytki. Na pierwszy ogien poszedl Palac Szoguna Tokugawy – Nijo-jo (Nijo Castle). Piekny olbrzymi budynek z przestronnymi pokojami gdzie sciany ozdobione sa motywem drzew iglastych i orlow (Dla informacji - miara domu w Japonii jest ilosc polozonych na podlodze slomianych mat nazwanych tatami. Nijo-jo sklada sie 800 mat tatami. Dla porownania na dom Junko i Seana sklada sie 48 mat). Przepiekny ogrod z samymi iglakami i wiecznie zielonymi drzewami. No i moja bardzo subiektywna ocena sztuki japonskiej: skoro dom zostal wybudowany w XVIIw. oczekiwalabym wiekszego polotu, umiejetnosci i wyzszej techniki operowania pedzlem bo niewatpliwie malarstwo europejskie bylo duzo bardziej rozwiniete w tym okresie. Po wyjsciu z Palacu udalam sie na szybki posilek – ramen, czyli nic innego tylko nasze zupki chinskie z ciut grubszymi kluskami. Zjadlam na dworze w pelnym sloncu. Dodam, ze ramen do chlodnikow nie nalezy. Czualam sie jak po zjedzeniu przepysznego rosolu babci w upalny letni dzien. Taaaa….

DSC_0297 DSC_0306

Dalej udalam sie do Kinkaku-ji – Zlotego Pawilonu (The Golden Pavilion). Lsnil w pelnym sloncu i prezentowal sie w calej swej okazalosci. Wybudowany przez Szoguna Yoshimitsu w XIV w. jako dom i miejsce odpoczynku. Zgodnie z wola Szoguna po jego smierciu budynek zostal przeksztalcona w Swiatynie Buddyjska Zen. Cudne dzielo sztuki, co prawda to tylko replika jako ze orginal zostal podpalony w 1950 roku przez mnicha. No i wszystko byloby super ekstra gdyby nie te ilosci ludzi!! Jak na bazarze w sobotni poranek lub w supermarkecie przed swietami!! Porzadnego zdjecia nie dalo sie cyknac. Zadacydowalam natychmiastowa ewakuacje! Wybor padl na kolejny swiatowej klasy zabytek – Ginkaku-ji. Wsiadlam w autobus, dojechalam na miejsce, popatrzylam na ‘bozonarodzeniowe’ tlumy i ucieklam. Przechodzic dokladnie to samo?! Nie, tego bledu juz wiecej nie popelnie. Wiec znowu w autobus i tym razem na glowna stacje Kyoto, pociagiem do Fushimi Inari Chram. To bylo TO! Moim oczom ukazal sie przepiekny Chram Shintoistyczny z tysiacami czerwonych Torri (bram), ktore prowadza na szczyt gory. Cudne zjawisko. Tak mozna sobie isc i isc. To miejsce podzialo na mnie bardzo emocjonalnie a wrecz duchowo. Bardzo osobiste doswiadczenie.

DSC_0336 DSC_0352

DSC_0379 DSC_0402

DSC_0456 DSC_0391 DSC_0463

I tak nowa energia wrocilam do Kyoto. Po drodze minelam Kyoto Tower i postanowilam porozkoszowac sie widokiem na miasto spowiane noca. Bynajmniej nie spiace miasto. A ze byl to sobotni wieczor pobladzilam troche po ulicach oswietlonych setkami voltow az dotarlam do dzielnicy Pontocho. Wasko, nisko, ciasno, same restauracje, bary. Cudnie pomyslalam, czas zaszalec i doznac rozkoszy kulinarnychSmile Ech, wybor byl tak trudny ze az niemozliwy. W koncu trafilam do przypadkowego miejsca z lapanki na ulicy. Byl to najgorszy posilek jaki w zyciu jadlam! 5 cienkich plasterkow bekonu podgrzanych palnikiem gazowym plus ryz w herbacie! Brrrr… I konczac mniej optymistycznym akcentem wrocilam do hostelu.

DSC_0494 DSC_0506