Hurahahah! Bali! Odkad przeczytalam ksiazke ‘Jedz, modl sie, kochaj’ jakies 3 lata temu zapragnelam przyjechac na ta wyspe. Tak wiem, pojechalam banalem. Ale Bali siedzialo mi w glowie od dluzszego czasu. Widocznie marzenia czasami sie spelniaja
Przylecialam z Air Asia lotem w jedna strone za ok. 200$ (singapurskich dolarow = ok. 110e) bookowanym 2 dni przed wylotem. To calkiem niezla cena ale na takie luksusy nie moge sobie pozwalac. Po malu zaczynam szalec. Wyladowalam na Bali a tu ponownie dotarlo do moich receptorow skornych gorace i wilgotne powietrze, jeszcze gorzej niz w Singapurze. Formalnosci, wiza, deklaracje celne i juz bylam wolna. Jak tu teraz sie dostac do hotelu?! Jedyna mozliwa opcja – taxi. Wychodze z terminalu a tu tlumy ludzi oczekujacych na turystow i gosci hotelowych. Naganiaczy i naciagaczy na taxowki. Udaje sie jednak do biura posrednictwa taxi zgodnie ze wskazowkami lonelyplanet. Place 50.000IRP (Indonezyjskie rupie; przelicznik ok.10.000IRP to ok.1e), wsiadam, zagaduje, pan taxowkarz milczy, chyba nie ma ochoty na pogaduszki. Jedziemy ulicami oswietlonymi przez wystawy sklepowe, restauracje, bary. Znowu to uczucie blogosci i radosci: ‘cholera Kacha, dalas rade i jestes tu’ Docieram do hotelu. Pokoj tani, sredniej czystosci (szczegolnie lazienka), ale bede w nim sama. Luksus, ktorego chwilowo potrzebuje. Internet, piwko, wpis na blogu. Dobranoc.
Już prawie tydzień bez notki ...
ReplyDelete