Saturday, 13 November 2010

Ubud, Bali (6,7 list – sob, niedz)

Pobudka w sobotni poranek o 5.30. Jeszcze ciemno za oknem a ja juz na nogach. Byleby wyrwac sie z Kuty i o 6.00am zdazyc na autobus do Ubud. Kupuje bilet z Perama tour, czekam 10 minut i o 6.05 podjezdza bryka. Rzerzacy minibus, ktory lata swietnosci ma juz dawno za soba. Ze mna jada jeszcze 2 osoby, raczej lokalni. Jazda ma trwac 1.5h, dojezdzamy w 45 minut. O tej porze nie ma ruchu. Super, ale z lekkim niedowierzaniem dopytuje czy aby na pewno to wlasciwe miejsce i czy czasami nie zostalam wyrolowana. Nie, trafilam do TEGO Ubud. Ucieszona, udaje sie do Peramy jako centrum informacji turystycznej i pytam o wolne pokoje. Wybieram wersje najtansza, pokoj z ciepla woda i wiatrakiem za 80.000IRP. Za 5 minut zjawia sie mlody chlopaczek na motorku, dobijamy targu i z moim olbrzymim plecakiem na przodzie, kierowca i ze mna z malym plecakiem na plecach z tylu motoru, dojezdzamy do wybranej miejscowki. Ku mojemu zadowoleniu, miejscowka okazuje sie byc calkiem ladniutka. Niestety rozczarowaniem jest brak cieplej wody. Mysle sobie, na upalnej tropikalnej wyspie ‘zimna woda zdrowia i urody doda’. Zostaje, planowo na jeden dzien z mozliwoscia przedluzenia jak mi sie spodoba. I spodobaloSmile
Tego samego dnia, zdecydowalam pozwiedzac wyspe, jestem na Bali juz 3 dni i niewiele  zobaczylam. Ide do oficjalnej CIT i pytam o wycieczki. Wybor jak zwykle ogromny ale zeby wycieczka doszla do skutku, musza sie zglosic min. 2 osoby. No wiec znowu jestem w kropce. Okazuje sie, ze wlasnie zaczela sie wycieczka archeologiczna. Dzwonia do kierowcy, ten zawraca. Wsiadam i jade. W samochodzie poznaje pare brytyjskich prawnikow. Podrozuja po Azji juz 10 tydzien, a na Bali wyladowali z racji przedslubnej podrozy poslubnej. Juz tlumacze, chcieli sie pobrac na Bali z dala od wszystkich znajomych i rodziny, ale musieli miec jakies zezwolenia i papiery. Do slubu nie doszlo, ale do podrozy poslubnej owszem. Cos w rodzaju, umowy poslubnej przed slubem. Bo slub i owszem bedzie, ale w Nowej Zelandii. Ech, juz zazdroszcze. Duzo rozmawialismy, oni dzielili sie swoim doswiadczeniami z Wietnamu, dla nich najlepszej do tej pory miejscowki. I tak jezdzilismy sobie po okolicznych swiatyniach Balijskich. Na pierwszy ogien poszla swiatynia Gunung Kawi (The Rock Temple). W slicznej dolinie, otoczona cudnymi tarasami ryzowymi, znajduje sie pare kamiennych chramow wykutych w skale. Dalej ruszylismy do swietych zrodel i swiatyni Tirta Empul, ktora jest miejscem oczyszczenia i modlitwy. Nastepna pozycja w programie byla plantacje kawy, kakao i owocow. Zostalismy ugoszczeni kawa, kakao, herbatka ginsen, imbirowa, cytrynowa i chipsami z papaji. Bylo to miejsce degustacji po czym moza byl dokonac zakupu ulubionego produktu. Zaczal padac deszcz, wiec zdecydowalismy sie na lunch. Kierowca zawiosl nas do super knajpki na zboczu gory z widokiem na tarasy ryzowe! Coz za romantyczna sceneria typowa pod turyste z grubszym portfelem. Dzien dobiegal konca, udalismy sie do ostaniej swiatynii zaplanowanej na ten dzien – Goa Gajah (Elephant Cave). Koles oprowadzil nas po swiatynii, wytlumaczyl to i owo, poopowiadal. Czulam, ze moja misja z poznawaniem swiatyn balijskich zostala zakonczona na ten moment. Wrocilismy do Ubud a tam udalismy sie porzadna kolacje do dobrego ale taniego lokalu. Lokal ten okazal sie byc kluczowym do konca mojego pobytu w Ubud. Zebralam sie do domu. O ok. 21.00 smacznie sobie uspialam w poczuciu dobrze spelnionego obowiazku i zorganizowania sil.
 DSC_1065 DSC_1072
DSC_1082 DSC_1096
DSC_1122 DSC_1141
DSC_1163 DSC_1173
Niedziela uplynela na przeszukiwaniu internetu. Szukam info o Javie i o wulkanie. Organizowalam sobie finanse. Zaladowalam zdjecia na internet. Bloga nie updatowalam a przesiedzialam na necie cale popoludnie. W koncu zdecydowalam sie ruszyc do Monkey Forest w Ubud. Zjawilam sie tam dokladnie godzine przed zamknieciem. Na wstepie przywitaly mnie malpy – makaki. Siedza sobie tuz przed wejsciem do parku i czekaja na turystow i smakolykiSmile Mijalam je wielkim lukiem, nie chcac nawizac blizszego kontaktu i przypadkiem nie dac sie pogryzc (na Bali notowane sa przypadki wscieklizny). Trafilam do swiatynii Pura Dalem (swiatynii umarlych), przeznaczonej dla boga Siwy, boga zniszczenia zla na swiecie. Swiatynia jest otwartym placem skladajacycm sie z glownego oltarza i makakow walesajacych sie wesolo wokolo. Poruszam sie po okolicy z ograniczonym zaufaniem, malpy dzialaly na mnie jak paralizator. Ide dalej w park a tam trafiam na nieduza rzeczke, ktora przeprawic sie mozna tylko zdobionym mostem w ksztalcie smoka. Dzika dzungla mnie otacza, liliany zwisaja nie wiadomo skad, malpy nad glowa skacza. Czuje sie troche zagrozona ale po malu przyzyczajam sie do tego scenariusza i walesanie sie po mrocznym i upalnym parku sprawia mi coraz wieksza frajde. Juz mam sie zbierac ale zagaduje kolesia dziwnie zafascynowanego malpami. Zaczynam rozmawiac. Koles jest ze Szwecji, podrozuje dokladnie tak samo jak ja, wyruszyl na rok i dopiero zaczyna swoja przygode. Tak sie fajnie rozmawia, idziemy na sok, pozniej obiad, sugeruje wspolna wspinaczke na wulkam na dzien nastepny. Udajemy sie do biura i bookujemy trekking na Mt. Batur (1717mnpm). Wyruszamy o 3 rano.
DSC_1193 DSC_0007
 

1 comment:

  1. Widoki jak z okładek Cypress Hill :) Pozdrawiam M.T.

    ReplyDelete