Tego samego dnia, zdecydowalam pozwiedzac wyspe, jestem na Bali juz 3 dni i niewiele zobaczylam. Ide do oficjalnej CIT i pytam o wycieczki. Wybor jak zwykle ogromny ale zeby wycieczka doszla do skutku, musza sie zglosic min. 2 osoby. No wiec znowu jestem w kropce. Okazuje sie, ze wlasnie zaczela sie wycieczka archeologiczna. Dzwonia do kierowcy, ten zawraca. Wsiadam i jade. W samochodzie poznaje pare brytyjskich prawnikow. Podrozuja po Azji juz 10 tydzien, a na Bali wyladowali z racji przedslubnej podrozy poslubnej. Juz tlumacze, chcieli sie pobrac na Bali z dala od wszystkich znajomych i rodziny, ale musieli miec jakies zezwolenia i papiery. Do slubu nie doszlo, ale do podrozy poslubnej owszem. Cos w rodzaju, umowy poslubnej przed slubem. Bo slub i owszem bedzie, ale w Nowej Zelandii. Ech, juz zazdroszcze. Duzo rozmawialismy, oni dzielili sie swoim doswiadczeniami z Wietnamu, dla nich najlepszej do tej pory miejscowki. I tak jezdzilismy sobie po okolicznych swiatyniach Balijskich. Na pierwszy ogien poszla swiatynia Gunung Kawi (The Rock Temple). W slicznej dolinie, otoczona cudnymi tarasami ryzowymi, znajduje sie pare kamiennych chramow wykutych w skale. Dalej ruszylismy do swietych zrodel i swiatyni Tirta Empul, ktora jest miejscem oczyszczenia i modlitwy. Nastepna pozycja w programie byla plantacje kawy, kakao i owocow. Zostalismy ugoszczeni kawa, kakao, herbatka ginsen, imbirowa, cytrynowa i chipsami z papaji. Bylo to miejsce degustacji po czym moza byl dokonac zakupu ulubionego produktu. Zaczal padac deszcz, wiec zdecydowalismy sie na lunch. Kierowca zawiosl nas do super knajpki na zboczu gory z widokiem na tarasy ryzowe! Coz za romantyczna sceneria typowa pod turyste z grubszym portfelem. Dzien dobiegal konca, udalismy sie do ostaniej swiatynii zaplanowanej na ten dzien – Goa Gajah (Elephant Cave). Koles oprowadzil nas po swiatynii, wytlumaczyl to i owo, poopowiadal. Czulam, ze moja misja z poznawaniem swiatyn balijskich zostala zakonczona na ten moment. Wrocilismy do Ubud a tam udalismy sie porzadna kolacje do dobrego ale taniego lokalu. Lokal ten okazal sie byc kluczowym do konca mojego pobytu w Ubud. Zebralam sie do domu. O ok. 21.00 smacznie sobie uspialam w poczuciu dobrze spelnionego obowiazku i zorganizowania sil.
Niedziela uplynela na przeszukiwaniu internetu. Szukam info o Javie i o wulkanie. Organizowalam sobie finanse. Zaladowalam zdjecia na internet. Bloga nie updatowalam a przesiedzialam na necie cale popoludnie. W koncu zdecydowalam sie ruszyc do Monkey Forest w Ubud. Zjawilam sie tam dokladnie godzine przed zamknieciem. Na wstepie przywitaly mnie malpy – makaki. Siedza sobie tuz przed wejsciem do parku i czekaja na turystow i smakolyki
Widoki jak z okładek Cypress Hill :) Pozdrawiam M.T.
ReplyDelete