Tak, jestem na Bali. Spelnilo sie jedno z moich marzen zycia Rewelacja! Jestem bardziej niz happy ale nie tak sie czulam od poczatku przyjazdu na Bali. Pewnie dlatego opuscilam sie ze wpisami na blogu. Inaczej sobie wyobrazalm zycie na wyspie. Czytalm, ze Bali jest idealnym miejscem dla ludzi szukajacych spokoju, rownowagi, duchowego odnowienia. A tu co zastalam – chaos! Po wizycie w Japonii i w krotkim pobycie w Singapurze czulam sie jakbym wkroczyla w zupelnie inny swiat. Nie potrafilam sie ani zorganizowac no bo transport publiczny tu raczej nie istnieje, ani dostosowac do zycia codziennego no bo z kazdej strony slyszalam tylko nawolywania o transport, taxi, masarz, torebki, buciki, ozdoby, etc. Czulam sie jak chodzacy portfel a nie czlowiek. No ale tak to tu wyglada, a ja powinnam byc do tego przygotowana bo tak samo bylo chociazby w Peru. Moze po prostu ta zmiana z ‘lepszego’ w ‘gorszy’ mnie tak uderzyla. Mimo, ze mialam swiadomosc ze taka jest rzeczywistosc, emocje jednak wziely gore i wprowadzil mnie w nastroj ogolnego rozczarowania wyspa. Ale zaczne od poczatku.
Pierwszy dzien w Kucie poswiecilam na organizacje i zorientowanie sie w przejazdach, cenach, dostepie do atrakcji. Okazalo sie, ze na Bali nie istnieje transport publiczny. Mozna sobie wszystko samemu zorganizowac jednak koszty rosna szczegolnie jak podrozuje sie samemu. Idac ulica w Kucie co jakies 10m stoi stragan z ‘informacja turystyczna’. A tam oferuja wycieczki zorganizowane a raczej same przejazdy w interesujace miejsca na wyspie, wypozyczenie czy to samochodu czy skutera, etc. Kazdy sprzedazacy ze straganu rzada innej ceny i trzeba sie ostro targowac bo miejscowi rzucaja propozycjami z kosmosu. Oprocz straganow z CIT, miejscowi stoja sobie wzdluz ulicy i luzno nawoluja ‘taxi, bike, transport’. Ci tez ceny zazwyczaj maja wygorowane. Nie wiedzialam na co sie zdecydowaci i gdzie sie udac. Nie chcialam dac sie naciagnac zanim nie wyprobowalam swojej umiejetnosci negoacjacji. I tak minal dzien i zeszlo cale popludnie. Przechadzalam sie po Kucie a miejscowi naganiacze probowali swoich sil, tym bardziej rozpoznajac we mnie dopiero co przybyla na wyspe biala twarz bez odpowiedniej warstwy opaleninzy. Trafilam w koncu na plaze. To bylo to, widoczek jak z pocztowki: slonce, biala plaza, blekitna ciepla woda, surferzy, spokoj. Chwilowy bo ponownie pojawily sie miejscowe kobitki oferujace wlasnorecznie robione ozdoby, chusty, torebki, oraz surferzy usilujacy namowic mnie na lekcje surfingu. Zblizal sie zachod slonca i tlumy zaczely naciagac na plaze w Kucie. Przecwiczylam nauke angielskiego z dziecmi z okolicznej szkoly sredniej, ktore w ramach zadania domowego mialy zaczepiac turystow i mowic po angielsku. Przysiadlam sobie na piachu w nadzieji, ze uda mi sie poobserwowac zycie plazowe w Kucie. Gdzies w oddali slychac dzieki gitary, gdzies spiewy, gdzies krzyki dziewczat wrzucanych w ubraniach do wody. Dawno nie bylam nad Baltykiem, ale niewiele sie to rozni od naszych plaz. I przez chwile poczulam sie samotna, naplynely mi lzy do oczu, nie ma przy mnie nikogo z kim moglabym dzielic chwile jak zachod slonca nad Balijskim horyzontem. Juz mialam sie zbierac do hotelu a tu przysiad sie przystojny brazylijczyk Oj, pomyslalam, czyzbym podazala sladami bohaterki ‘Jedz, modl sie, kochaj’
Rozmawiamy tak przez chwile a tu nagle podchodzi do nas pewna indonezyjka. Kobitka oranizuje kurs gotowania dla turystow. I tak od slowa do slowa, zaczynamy rozmawiac, przysiada sie i opowiada nam o swoim zyciu, Indonezji, ludziach. Tak sobie trwamy przez nastepne 2h. I juz uczucie samotnosci gdzies znika. Umawiam sie z moim brazyliskim kolega na wyjscie do klubu lub restauracji w okolicach 10pm. Ide do hotelu, zamawilam cos do jedzenia, zasiadalam do netu, i tak mija umowony czas spotkania. Nici z randki. A i tak nie mialam na nia ochoty.
Koleny dzien, piatek, wstaje wczesnie rano, jem sniadanie i wypijam swiezo wycisniety sok z mango, papaji, arbuza (codziennie inny). Mysle sobie, nie moge zmarnowac kolejnego dnia na robienie niczego. Postanowilam wypozyczyc sukter. Takkk, bedzie niezle, mysle, nigdy nie prowadzilam skutera ale nie ma w tym nic trudnego, ot taki troche wiekszy rower bez pedalow. Pytam kelnera w hotelu, od razu skuter podjezdza. Wszystko idzie gladko. Daje kolesiowy kase. Wsiadam na skuter a ten mi odjezdza, nie umiem nad nim zapanowac. Wypozyczajacy pytam mnie czy umiem prowadzic pojazdy – a i owszem, samochod i rower. Niestety, nie mam pozwolenia na dalsza jazde, koles oddaje mi pieniadze i zabiera skuter Damnnn… Nie bede miala wolnosci w podrozowaniu. Szybka zmiana planow i wsiadam w taryfe. Jade na plaze w Jimbaran, tam gdzie poczatkowo planowalam sie dostac na wlasna reke. Jak widze ten ruch i chaos na ulicach, brak oznakowania ulic, tysiace motorynek pedzacych do przodu i tez pod prad, samochodow tworzacych 5 pasow ruchu z 3trzech, ciesze sie, ze ktos rozsadniejszy za mnie zadecydowal. Docieram na plaze a wlasciwie do raju. Mala zatoczka, bialy piasek, lazurowa woda, rybackie lodki wygladem przypominajace pajaki, rybacy lowiacy ryby siecia prosto w plazy, zar lejacy sie z nieba tuz przed 10 rano, zero ludzi. Banan wkradla mi sie na usta. Czuje sie zajebiscie! Siadam pod parasolem jednej z restauracji, zamaowam siwezo wyciskany sok i gapie sie na rybakow, wode, zanuzam stopy w goracym piachu. Brakuje mi tylko ksiazeczki. I tak trwam jakies 3h. Glodnieje i zamwiam rybe barakude w zestawie. Przynosza mi po 20 minutach, pieknie zgrillowana pachnaca drewnem rybke, do tego ryz, szpinak z orzeszkami, a na deser swieze owoce. Do picia schlodzony Bintang. To sie nazywa zycie
Nie wzielam aparatu z soba, a chce miesc zdjecie tego miejsca, wiec postanawiam wybrac sie spowrotem do hotelu w Kucie. Jade taryfa ponownie do hotelu, zabieram aparat i szukam taniego transportu. Trafia sie koles, ktory oferuje przejazd skuterem do Jimbaran i Uluwatu. Jest dosc tanio, wiec biore. Dostaje kask, wsiadam na motor i z przerazenia wtrzeszczam oczy. To jak jazda po torze z przeszkodami, modle sie w duchu czy ta jazde przezyje (mamo, nie czytaj tej czesci!!). Mocno zaciskam uscisk wokol kierowcy i jedziemy. Zatrzymujemy sie w Jimbaran aby zrobic zdjecia. Pozniej jedziemy do Uluwatu, swiatynii hinduskiej usytuowanej na klifie. Nie moge oprzec sie wrazeniu, ze jestem ponownie na Kilfach Moheru w Irl. Tylko pogoda inna, upalnie, ubranie lepi sie do skory, a tego na motorze nie czuc, i dzikie tlumy turystow. Szczerze, swiatynia nie robi na mnie wiekszego wrazenia. Dzikie – oswojone malpy kraza wszedzie i poluja na jedzenie. Oswojone bo wiedza jak z ludzmi postepowac, jak wysepic banana lub inny smakolyk od turysty. Zabrac mu okulary z glowy lub telefon komorkowy i wymienic na owoc. I to dziala. W kazdym razie ja malpiego rozumu nie dostalam i udalo mi sie uniknac spotkania w 4 oczy z malpiszonem. Wracamy. Do motoru sie juz przywyczailam i z jady czerpie mase frajdy, nie wazne, ze wylapuje komary zebami
Jest i tak awesome!!
No comments:
Post a Comment