Zoraganizowanym transportem z Ubud udalam sie autobusem z innymi backpackerowcami do portowego miasteczka Padang Bai a stamtad szybka lodka na Gili Trawangan. Trudy podrozy dzielilam z para Amerykanow pochodzenia chinskiego i tajwanskiego – Margaret i Lu, i dwoma holendrami Taco i Danielem. O 11 rano bylismy juz na miejscu. Zdecydowalismy trzymac sie razem i wynajelismy pokoje w tym samym guesthousie za 120.000IDR (ok.10e) ze sniadaniem. Zrzucilismy bagaze i udalismy sie na ‘miasto’ – glowna ulice Gili, z zamiarem zrelaksowania sie po podrozy, rozkoszowania sie swiezym powietrzem (na Gili nie ma samochodow ani motorow, jedyny trasport to konie i rowery) i uraczenia naszych zoladkow. Wybor padl na najlepsza miejscowke na wyspie – bean bags (wielkie wypchane czyms poduchy )! I tak juz zostalo. Niesamowity klimat, widok na plaze i morze, chilloutowa muzyczka w tle, prazace slonce, lekka bryza, schlodzony Bintang (piwo indonezyjskie) i rozmowy o podrozowaniu i zyciu. Zyc – nie umierac!!! Ponownie radosc zagosciala w moim seduchu.
Tak siedzielismy do pozna, poznajac sie, saczac Bintang za Bintangiem
Na drugi dzien mialam pierwsza lekcje nauki nurkowania. Trafil mi sie instruktor – przystojniak, niestety mnie zlapala choroba zoladkowa i juz tak interesujaco sie nie zaprezentowalam
Nastepnych pare dni uplynelo mi na robieniu doklanie NICZEGO
| W Irish pubie |
Zaprzyjaznilam sie blizej z Margaret, sliczna dziewczyna z pochodzenia tajwanka. W piatek, ostatnia swoja noc zdecydowli sie z Lu zatrzymac w najbardziej wypasionym hotelu na wyspie Ko-ko-mo. Za noclego zaplacili 160$. Poszlam zobaczyc to dzielo sztuki. Kazdy pokoj ma swoj wlasny basen, living room z tv, aneks kuchenny z zaopatrzona lodowka, mala platforme do opalania sie. Nic tylko zamknac sie w pokoju. Margaret zamowila romantyczny wystoj, czyli swieczki, kwiaty w basenie, przyciemnione swiatla, etc. Do tego momentu krecilam nosem no bo to przeciez tylko pokoj, ale romantyczny widok podzialal nawet na mnie. Ech, chyle czola bo bylo warto rozmarzyc sie przez chwile. Z grymasem zazdrosci na twarzy udalam sie do swojego, jakze ‘nudnego’ guest houseu po drodze mijajac impreze u Rudego
| W Ko-Ko-Mo, wg Trip Advisor najlepszym hotelu na Gili |
W poniedzialek 15 lis zdecydowalam sie dokonczyc kurs nurka i zrobilam Open Water Scuba Diving kurs. Dodatkowe 3 nurkowania w morzu. To bylo to!! Rewelacja! Wpierw teoria, przez 3h ogladalam wideo z zasadami nurkowania, krotki trening w basenie i hola do wody. Tym razem nie bylo paniki przy schodzeniu na glebokosc 5, 12, 18 metrow. Nie mialam problemow z oddechem, nauczylam sie panowac nad nim, to prawie jak medytacja pod woda. Cwiczenia z czyszczeniem maski sprawily mi lekki klopot ale w praktyce szlo mi to zupelnie naturalnie. Reszta poszla gladko jak po masle. Widzialam 2 wielkie plywajace zolwie i ogromna ilosc kolorowych ryb: w paski pionowe i poprzeczne, w kratke, duze, male, blazenki Nemo zyjace w parzacym ukwiale, upiorne moreny, wstydliwa osmiornice, zyjatka mieszkajace w piachu, 16 metrowa sciane pokryta koralem, zatopiony pomost, co wygladem przypomina statek japonskiej marynarki, plywalam w lawicy sradynek czujac sie jak czesc ich gromady. Niesamowie doswiadczenie!
I tak zlecial kolejny tydzien. Daniel zdecydowal sie wyruszyc na inna wyspe. Zostalam ja i anglicy. W miedzyczasie natknelam sie na Willa i Irene, ale czar wspolnie spedzonych chwil zostal w Ubud. Po malu zaczelam rozpoznawac miejsca, ludzi, nawet lokalnych gilijczykow, zaczelo mnie ogarniac uczucie ‘rozkladu’, czyli zupelnego zniechecenia, znudzenia i proznii. Przyszedl czas sie ewakuowac z wyspy. Moj czas juz sie skonczyl. Zal bylo opuszczac wyspe, ale pewnie jeszcze tam wroce (jako, ze ofiara w postaci chustki na glowe zostala zlozona podczas podrozy motorowka). Zabralam sie z Sophie i Tomem i wrocilismy do Kuty. Nie bylam zdecydowana do dalszej drogi. Tom wyruszal na Jave i to byla bardzo kuszaca propozycja. Ale na SE Azje pozostalo mi bardzo malo czasu a tyle do zobaczenia. Zdecydowalam sie kupic bilet do Bangkoku. Dwie noce spedzialam w Kucie z anglikami i Danielem. Zafundowalam sobie pare zabiegow pieknosci w balijskim spa salonie, zjadlam ‘pizze’ jak na pozegnanie z Indonezja przystalo, wypilam pare szklanek soku z ananasa, papaji, mango oraz ostatniego Bintanga i w poniedzialkowy poranek stawilam sie na lotnisku Denpasar, Bali. Czas na nowe przygody. O tym, wkrotce
Woow Kasiu jestem pod ogromnym wrażeniem Twojej podróży;) Piękne widoki... jak w raju;) Pozdrawiam AW;)
ReplyDelete