Monday, 6 December 2010

Bangkok, Tajlandia (22-27 list)

Po 4h spedzonych na pokladzie samolotu w koncu stanelam na ziemi. Lotnisko w Bangkoku bardzo przyjemne, zmodernizowane, nowe, dobrze zorganizowane. Zachecajacy wstep do dalszego podrozowania po Tajlandii. Udalam sie po wize on arrival. Wypelnilam formularz, zalaczylam zdjecie, udalam sie do celnika w okienku. Ten zarzadal biletu powrotnego. Wzruszylam tylko ramionami a ten ze zloscia w glosie odeslal mnie do poczekalni. ‘Nie ma biletu powrotnego, nie ma wjazdu’. Spodziewalam sie takiego rozpoczecia podrozy w Tajlandii ale myslalam, ze sie uda. Niestety, nie udalo. Co tu robic? Znalazlam kawiarenke internetowowa i zaczelam szukac lotow. Pierwsza opcja: znalezc lot z mozliwoscia zwrotu calosci sumy w momencie cancelowania lotu (tuz po przekroczeniu granicy); druga opcja: ‘podretuszowac’ jakis stary wczesniejszy lot z data pasujaca do tajskiej wizy i wylotem z Tajlandii; opcja trzecia: kupic najtanszy lot z wylotem za dwa tygodnie do jakiegokolwiek miejsca poza Tajlandia. Probowalam wszystkich opcji, spedzilam prawie godzine na internecie zamartwiajac sie o swoj bagaz. Po godzinie zdecydowalam sie kupic najtanszy bilet do Phnom Penh za 55e, ktorego i tak nie wykorzystam!! Poszlo do druku. Celnik z usmiechem na twarzy przekazala mi paszport z wbita wiza. Mnie do smiechu nie bylo, poczatek podrozy w Tajlandii a juz zaczynaja sie schody. Zanlazalam sie w Tajlandii. Teraz tylko plecak. Na tabilcy informacyjnej o bagazach brak mojego lotu. No tak jestem godzine spozniona. Pytam pracownika lotniska, ten wskazuje mi numer pasa z bagazami. Moj czerwony plecaczek rozpoznaje z odleglosci. Ufff, udalo sie. Teraz tylko dostac sie do miasta. Wybieram opcje trudniejsza – dojazd do miasta na wlasna reke. Wczesniej na necie ktosc udzielal rad jak sie dostac do centrum, informacje spisalam i dalej w droge. Dojezdzam na terminal autobusowy bezplatnym autobusem prosto z lotniska, szukam autobusu nr 509. Taki z tego terminalu nie odchodzi. No pieknie, zmuszona jestem wrocic na lotnisko. Marnuje cenny czas, robi sie ciemno a mnie jeszcze czeka szukanie kwatery. Z lotniska biore pociag po prawie godzinie czekania. No coz, jestem w Azji a tutaj czas wolniej plynie. Pociag jest krociotki i wypchany po brzegi. Jade z 40 min. Wysiadam na glownej stacji w centrum gdzie mialam zlapac publiczny autobus do dzielnicy Kao San. Mimo uprzejmosci Tajow, nikt nie jest w stanie mi pomoc. Udaje sie do Victory Monument Station i stamtad lapie autobus. W autobusie oprocz kierujacego jest pani sprzedajaca bilety. Jest ciemno, czuje sie zupelnie zdezorientowana, nie wiem gdzie jestem i co sie dzieje, ale czuje sie bezpiecznie. Docieram do na plac Democracy Monument. Moj plecak znowu dobil do 18 kg i bardzo ciazy mi na plecach. Kregoslu domaga sie odpoczynku. Biore taxi i jedziemy jakies 5 minut. Wysiadam na ulicy gdzie znajduje sie guesthouse, do ktorego chcialam sie udac ale nie zabookowalam wczesniej. Idac ulica trafiam do innego guesthousu Bangkok House. Miejsce wydaje sie byc przytulne, ciche, schowane mniedzy budynkami ale bardzo przyjemne. Biore pokoj za 250BHT z podwojnym lozkiem (25zl). Szybki prysznic, rozkladam moskitiere i usypiam w 2 minuty.

Nastepnych pare dni decyduje sie spedzic w tym samym guesthousie ale pokoj zamienilam na pojedynczy, tanszy. Nastepnego dnia (wtorek) udaje sie do ambasady wietnamskiej w celu wyrobienia wizy. Przy sniadaniu poznaje pare Niemcow i azjatke z Singapuru. Dowiaduje sie od nich jak udac sie do dzielnicy Siam gdzie Ambasad sie znajduje. Wybieramy sie z azjatka na przystanek publicznych lodek plywajacych po rzece Chao Phraya. Plyne z 40 min do ostatniej stacji. Podziwiam widoki, rozkoszuje sie architektura Bangkoku widziana z lodki: Grand Palace, swiatynie Wat Phra Kaew i Wat Pho, nowoczesny Bangkok tuz przy stacji koncowej oraz biede i brud w wiekszej czesci rzeki. Przesiadam sie do Sky train i, podobnie jak w Tokyo, z wysokosci 6  rozposciera sie widok na miasto. Jestem dosc zaskoczona, ze Bangkok ma tak dobrze rozwiniety system komunikacji miejskiej. Niektore kraje (czytaj Irl) moglyby brac z niego przykladSmile Ale to nie koniec niespodzianki. Dojezdzam na miejsce a moim oczom ukazuje sie betonowy Bangkok, z wysokimi biurowcami, nowoczesnym systemem drog i korytarzy dla pieszych przecinajacym sie na kilku poziomach, z ‘bogatymi’ sklepami typu Prada czy Dolce & Gabana. Zbliza sie godzina lunczu, na ulicach robi sie tloczno, idac z kierunku ambasady mijam wscisniety gdzies miedzy wielkimi nowoczesnymi budynkami maly ryneczek z lokalnym jedzeniem. Nie moge oprzec sie pokusie i zapachom, wkraczam w paszcze lwaSmile Roznosci kolorowe, o roznych ksztaltach, slodkosci, pysznosci smazone i swieze. Kupuje polowke ananasa za 20Bht (2zl), pare plastrow arbuza za kolejne (10Bht), paczke orzechow zlepionych karmelem (30Bht), husteczke na glowe (20Bht). Ucieszona zakupami udaje sie do ambasady. Wypelniam wniosek, place za wize (2300Bht!), do odbioru nastepnego dnia. Happy days! Teraz bede mogla zdecydowac co dalej bede robic w Tajlandii. Chce jechac na poludnie i wyspe Ko Tao ale moje rana na lewiej stopie wyglada dosc niepokojaco. Probuje walczyc z rana sama ale ta bitwa wydaje sie przegrana. W drodze powrotnej zahaczam o swietynie Wat Pho z olbrzymim lezacym budda.Wieczor spedzam w towarzystwie wczesniej poznanej pary Niemcow (grubo po 50-tce) i Singapurki (jak to sie odmienia?). Byla ‘kolacja’ na straganie i wieczorna szysza Smile 

DSC_0301 DSC_0613 

DSC_0318 DSC_0346

DSC_0372 DSC_0387 

Nastepnego dnia udaje sie do dzielnicy Chianatown w Bangkoku w celu konsultacji i zakupu srodka chinskiego na moja rane. Wkraczam do Chinatown a tam stragany na kazdym rogu sprzedajace jedzenie roznego rodzaju wymieszane ze straganami z ciuchami oraz sklepikami z medycyna chinska. Prosze o masc zapobiegajaca zawilgoceniu ran a przemily pan podaje mi adres najblizszego lekarza. Ups, wkradla mi sie infekcja i potrzebny bedzie antybiotyk. Zachodze pod wskazany adres a tu moim oczom ukazuje sie szpital. W rejestracji prosze o wizyte lekarska. Przedstawiam moja sytuacje. Po paru minutach wprowadzaja mnie do pokoju przyjec. Z pietnascie uczacych sie pielegniarek i pielegniarzy z maskami na twarzy otacza mnie lukiem. Wizja utraty placa lub calej stopy i uczucie samotnosci sprawia, ze nie wytrzymuje napiecia i rozplakuje sie jak beksa. Pojawia sie lekarz, komunikacja po ang idzie slabo. Robia mi przeswietlenie stopy (po co?!), czyszcza rane, przepisuja mi antybiotyk. Wszyscy sa bardzo mili i lekarz dokladny. Dostaje polecenie pojawienia sie u specjalisty nastepnego dnia. Mysle sobie, to juz chyba jakis joke, czyste wyciaganie kasy od glupiego turysty! Mam zakaz wchodzenia do wody. Przynajmniej podejmowanie decyzji bedzie latwiejsze. Odchodzi opcja nurkowania w Ko Tao (poza tym slabe warunki pogodowe w tej czesci Tajlandii). Place za ta przyjemnosc i kustykajac udaje sie do ambasady po moja wize.

 DSC_0414 DSC_0416

DSC_0434 DSC_0431

W czwartkowy poranek decyduje sie udac na stacje pociagow w celu zakupienia biletu na wieczorny pociag do Chiang Mai. Niestety wszystko jest zbookowane a najblizszy wolny termin to sobota. Nie mam wyjscia, biore! Mam extra dwa dni na zwiedzanie Bangkoku. Tego dnia przechadzam sie po Chianatown miedzy straganami z jedzeniem i bibelotami oraz zwiedzam swiatynie Wat Trimitr i Wat Arun. Wracam na kwatere i bookuje pokoj na kolejne 2 noce. Wieczorem udaje sie na zwiedzanie dzielnicy Kao San. W jednej z agencji turystcznej w turystycznej dzielnicy Bangkoku bookuje jednodniowa wycieczke na nastepny dzien do Kanchanaburi. O tym w nowym poscie.

DSC_0407 DSC_0441 DSC_0450

No comments:

Post a Comment