Monday, 13 December 2010

Trekking w gorach Doi Intchanon (1-3 gru)

Wykupilam sobie wycieczke – 3 dniowy trekking po Parku Narodowym Doi Intchanon, jakies 30 km od Chiang Mai. Mialo byc dziko, malo komercyjnie, kameralnie, z duza iloscia atrakcji. Tuz o 9 rano podjechal pod moja kwatere umowiony transport, jak sie pozniej okazalo, z naszym przewodnikiem. Odebralismy po drodze jeszcze 2 osoby: matke i corke z Estonii. Przez cala droge wymienialysmy sie doswiadczeniami z Tajlandii, a podroz trwala jakas godzine. Po drodze zatrzymalismy sie na rynku zrobic ostatnie zakupy spozywcze. Dla mnie bomba bo wyszlam z domu bez sniadania. Z pelnym brzuchem ruszylismy dalej az dostarlismy do farmy sloni. Tam czekala na nas przejazdzka. Jak popatrzylam sobie na te umordowane zwierzeta, przywiazane grubym lancuchem do ziemi, stojace na sloncu caly dzien, gdzie ich jedyna aktywanoscia ruchowa sprowadza sie do kroku w przod i tyl, z licznymi ranami na glowie od ostrego narzedzia do ujarzmiania sloni, to poczulam smutek i zlosc. Na przejazdzke na sloniu nie mialam wiekszej ochoty. Ale doswiadczenie warte zanotowania wiec wsiadlam. W sumie nic przyjemnego, buja na boki i mialam wrazenie, ze zaraz spadne z wysokosci. Poza tym sloniatka bardzo przyjemne i cieple, ale o bardzo smutnych oczach. Doswiadczenie wpisuje w kategorie zaliczonych ale z negatywnym odczuciem. Podobnie bylo w Tiger Temple, gdzie wybralam sie na jednodniowa wycieczke z Bangkoku zobaczyc tygrysy. Glownym celem trzymania tych zwierzat w swiatynii jest ochrona gatunku. W rzeczywistosci tygrysy przez caly dzien siedza na sloncu przywiazane za szyje do ziemii pozuja turystom do zdjec! Natomiast ich opiekuni za wszelka cene probuja zlamac ich ducha. Okropny i okrutny widok.

DSC_0958 DSC_0770

Wracajac do mojego trekkingu po doswiadczeniu ze sloniami ruszylismy w gory, przewodnik i 3 kobiety. Po 2h marszu dla odswiezenia bylo kapanie w zimnym wodospadzie, dalej przeprawa przez chaszcze i gorskie strumienie, az dotarlismy do wioski polozonej wysoko w gorach gdzie przyszlo nam nocowac. Gospodyni ugotowala nam przepyszne curry z kurczakiem plus warzywa z tofu i ryz. Zjadlam chyba ze 3 porcje! Zapadl zmrok. Nasz przewodnik rozpalil ognisko, na ktore od dluzszego juz czasu mialam ochote. Gospodyni wrzucila w popiol 2 ziemniaki. Po 1.5h nadawaly sie do jedzenia. W smaku – ziemniak polski, ale w teksturze – kurczak czy tez ananas. No i zdecydowanie z sola lepszy. Gospodarz natomiast uraczyl nas domowym specjalem – bimbrem z lepkiego ryzu. No prawie pychota, w smaku przypominalo sake. I tak z przepelnionym brzuchem, z piwem w rece i krazacym wokol ogniska bimbrem siedzielismy do pozna (znaczy do 9 wieczorSmile). Spanie w drewnianej chacie na cienkim materacu pod piecioma kocami. I tak w nocy zimno bylo. No coz, sama tego chcialam, polowych warunkow, dziczy i dzungli. I to dostalam.

DSC_0806 DSC_0822 DSC_0828 DSC_0840

Dzien nastepny zaczelismy od sniadania i 2h trekkingu. Jako, ze dla Estonek byl to dzien powrotu do Chiang Mai, przewodnik i ja dolaczylismy do innej grupy, trzech kobiet z Kanady i part francuzow. Tym razem juz samochodem wybralismy sie zobaczyc stupa (lub tez pogoda) wybudowane na szczycie gory specjalnie dla krola i krolowej Tajlandii. W sumie nic specjalnego, dwie budowle w ksztalcie stozka ale przed nami roztaczal sie przepiekny widok na birmanska strone gor. Po lunczu dwie Estonki nas opuscily a my rozpoczelismy trekking od wioski ludnosci etnicznej, dalej przez szkole podstawowa oraz specjalna strefe rolnicza (gdzie objadlam sie owocami podobnymi do naszych jezyn) wprost do lasu i dzungli. I tak sobie szlismy przez jakies kolejne 2h az dotarlismy do miejsca naszego spoczynku, cos w rodzaju obozu czyli wybudowanej na skraju lasu drewnianej chaty. Tym razem przymusowa kapiel w gorskim strumieniu, ognisko i obiad (gotowany notabene przez nasz ‘gospodynie’). Gadu gadu do pozna z lokalnym przewodnikiem gdzie poznalam historie plemienia z polnocnej czesci Tajlandii i ich sporu z Birma. Fantastyczny czas spedzony tak jak lubie najbardziejSmile Spanie ponownie o 9 wieczor pod 6 kocami.

DSC_0862 DSC_0892

DSC_0907 DSC_0925-1

 

Dzien 3 trekkingu to ponownie sniadanie, marsz przez jakas godzine i splyw babmusowa tratwa po jednej z nieduzych rzek. To byla jazda! Ulokowalam sie z 3 kanadyjkami na tratwie w calosci ubrane. Poczatkowo bylo spokojnie i sucho ale pozniej coraz bardziej mokro i mokro i mokro. Zabawa jak sie patrzy!! Cala jazda skonczyla sie ok 15.00 i pozostalo tylko dostac sie do Chiang Mai. Po powrocie wszyscy udalismy sie na kolacje do pobliskiej resturacji i wieczornego drinka. Tym akcentem zakonczyla sie moja 3 dniowa przygoda ze wsia tajlandzka i jej dzika natura.

DSC_0949 DSC_0953

No comments:

Post a Comment