W piakowy wieczor, tuz po powrocie z dwudniowego trekku po gorach, poszlam na kolacje z kanadyjkami i para Francuzow. Po kolacji udalismy sie na herbatke imbiorowa do lokalnego baru Funky Dog w Chiang Mai. Spotkalam tam Kim, 23-letnia niepelnosprawna dziewczyne z Holandii(niewyksztalcona lewa konczyna). Ona tez wybierala sie do Laosu w blizej nieokreslonym terminie. Po dluszej rozmowie zdecydowalysmy sie wyruszyc do Laosu razem. Tego samego wieczoru pojechalam na dworzec sprawdzic godziny odjazdu autobusow do Chiang Khong, miasteczka tuz przy granicy z Laosem, jeszcze po Tajlandzkiej stronie. Niestety bilety na nastepny dzien byly wykupione! Pozostalo tylko pojechac do Chiang Rai i tam przesiasc sie na autobus juz bezposrednio do granicy. Nastepnego dnia spotkalam sie z Kim w umowionym miejscu Funky Dog, zjadlysmy sniadanie, przedyskutowalismy dalszy plan dzialania i o 9.30 bylysmy na dworcu ucieszone, ze za chwile wsiadziemy do autobusu i pomkniemy do Chinag Khong. No i przyszlo rozczarowanie, bilety zostaly wykupione z racji swieta panstwowego – urodziny krola Tajlandii. Nastepne wolne miejsca byly na autobus odchodzacy dopiero o 14.10. Ok, szybka decyzja, bilety kupione, czas zabic jakos 4h. Padl pomysl poddania sie rekom specjalisty od masazu tajskiego, jako, ze w koncu bylam w Tajlandii, tego tez chcialam doswiadczyc. Zrzucilysmy glowne bagaze do przechowalni i udalysmy sie po raz ostatni do centrum Chiang Mai w poszukiwaniu salonu oddnowy. Mijalysmy budy z jedzeniem gdzie sobie dogodzilysmy bananami z grila, kawalkami swiezego anansa z torebki, chinskimi pierogami czy tez owocowymi shakami (zmixsowane owoce z lodem – pycha!). Zahaczylysmy o stragany z ciuchami gdzie zakupilam sobie, ostatni krzyk mody w Azji, spodnie z krokiem w kostkach W koncu trafilam na salon gdzie za jedyne 150BHT przez godzine pani martletowal cale moje cialo. Istna przyjemnosc! Przy relaksujacej muzyczce, zupelnie sie wyluzowalam tak, ze przez chwile czulam sie jak w innym wymierze swiadomosci. A tu jeszcze 3h drogi w lokalnym autobusie na mnie czekaly. Udalysmy sie na dworzec. Autobus podjechal. W wiekszosci sami ‘lokersi’ plus moze 6-sciu bialych. No to jedziemy a autobusem trzesie jak w kolysce Ali
Jezzzuusss, mysle sobie, to bedzie jazda. Jednak po paru minutach bujania oddalam sie wrece blogiego snu z przerwami na szybka orientacje w terenie. Bylo juz ciemno jak zajechalysmy do Chinag Rai. Na dworcu sprawdzilysmy odjazdy autobusow do Chinag Khong. Spoznilysmy sie godzine, ostatni atutobus odjezdzal o 17.00. Nie pozostalo nam nic innego jak nocowac w Chinag Rai. Szybkie szukanie kawatery. Z tym byl maly problem, jako, ze przyjachalysmy do miasteczka dosc pozno wiekszosc kwater w centrum miasta bylo zajetych, pozostalo nam szukac bardziej na zewnatrz. Wybor padl na Boonbundan Guest House. Pokojowi przydalaby sie nowa warstwa chociazby farby ale jako, ze miejscowka byla tania i tylko na jedna noc, przymknelysmy na to oko. Wieczorny spacer po miescie, ostatnie zakupy, kolacja w jednej z resturacji, drink w hippi barze i o 11 bylysmy juz ululane. Nastepnego dnia pobudka o 5 rano, zeby zdazyc na autobus o 6-stej. Tym razem tylko 2h i juz byslysmy na granicy. Po drodze okazal nam sie obraz minichow udajacych sie na modlitwy i odbierajacych ofiare w postacji lepkiego ryzu od miejscowej ludnosci. Piekny widok. Dojechalysmy na granice. Dalej tylko formalnosci, papierki, wizy, wymiana gotowki i po jakiejs godzinie bylysmy gotowe do dalszej drogi. Zdecydowalysmy sie na dwudniowy splyw lodka po rzece Mekong wprost do miejscowosci Luang Prabang. Tuk-tukiem dotarlysmy do ‘portu’ gdzie lodki czekaly do dalszej drogi. Kupilysmy bilety, zrzucilysmy bagaze, zajelysmy sobie siedzace miejsca na drewnianej lawce bez poduszki pod 4-literowa czescia ciala, kupilysmy prowiant (po kanapce z tunczykiem – chleb zdecydowanie jest lepszy po laotanskiej stronie rzeki). Pozostalo nam tylko czekac na reszte ‘gosci’. Z godzinnym opoznieniem wyruszylysmy na 6-godzinny rejs po rzece Mekong. Przyjemnosci raczej nie bylo a tylko odciski na pupie i skurcze miesni. To tak jakby zafundowac sobie splyw Dunajcem przez 6h na drewnianej barce. Widoki przepiekne, zaczyna sie plasko, z wody wystaja liczne glazy, w srodkowej czesci jest dosc gorzyscie a miejscami na gorskich zboczach widac tradycyjne wioski. O 6 wieczorem dotarlismy do Pak Beng, niewielkiej miejscowosci gdzie zatrzymalismy sie na nocleg. Wraz z Kim znalazlysmy pokoj za cale 50.000KIP (5e)! Po krotkim odpoczynku wyszlysmy na rekonesans miesciny i cos laotanskiego do jedzenia. Cala miejscowosc to jedna w sumie niedluga ulica, przy ktorej mieszcza sie guesthousy, resturacje i stragany z jedzeniem. Czyli to samo co w calej Azji. Usiadlysmy w knajpie i zamowilam laotanska potrawe z kurczakiem: zmielony kuczak przyprawiony na ostro z duza iloscia kolendry i miety (srednio smaczne jak na moj gust). Wypilysmy po piwku i udalysmy sie spac. Pobudka wczesnie rano, szybkie sniadanie (jak jest to mozliwe przy tutejszym wyluzowanym stylu bycia) i dalej na lodke. A tam zaskoczenie, wygodne miejsca w lodce zajete, zostaly same drewniane lawki (powtorka z dnia poprzedniego!). Pieknie, pomyslalam, no to mamy przyjemna jazde z glowy. Udalam sie po szybki prowiant na droge. Wracam a tam Kim krzyczy z brzegu, ze zamienila lodke na bardziej luksusowa. Happy days!! Droga moze nie bedzie taka meczaca, mysle sobie. I nie jest!! Wrecz przeciwnie!! Siedzenia mieciutkie, samochodowe, z odchylanymi do tylu oparciami. Na przeciwko nas usiadly Stef ze Szwajcarii i Eimee ze Stanow. Krotkie gadu gadu, ksiazeczka, od czasu rzut oka za burte na Mekong i tak mija 6h. O 16.30 dobijamy do Luang Prabang. Szybkie szukanie kwatery. Znajdujemy nieduzy pokoj z dala od glownej ulicy miasta za ok 80.000KIP (dzielimy po polowie). Tego dnia nie robimy nic wiecej, szukamy knajpy do zjedzenia czegsc dobrego jako, ze kanapki z tunczykiem wychodza nam juz bokiem. Udajemy sie na glowna ulice miasta a tam wlasnie odbywa sie nocny market na calej jej dlugosci. Na samym jej koncu znajdujemy stoiska z jedzeniem i tak za jedyne 10.000KIP (1e) gogadzamy naszym zoladkom.
Saturday, 18 December 2010
Mekong (5-6 gru)
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment