Saturday, 18 December 2010

Mekong (5-6 gru)

W piakowy wieczor, tuz po powrocie z dwudniowego trekku po gorach, poszlam na kolacje z kanadyjkami i para Francuzow. Po kolacji udalismy sie na herbatke imbiorowa do lokalnego baru Funky Dog w Chiang Mai. Spotkalam tam Kim, 23-letnia niepelnosprawna dziewczyne z Holandii(niewyksztalcona lewa konczyna). Ona tez wybierala sie do Laosu w blizej nieokreslonym terminie. Po dluszej rozmowie zdecydowalysmy sie wyruszyc do Laosu razem. Tego samego wieczoru pojechalam na dworzec sprawdzic godziny odjazdu autobusow do Chiang Khong, miasteczka tuz przy granicy z Laosem, jeszcze po Tajlandzkiej stronie. Niestety bilety na nastepny dzien byly wykupione! Pozostalo tylko pojechac do Chiang Rai i tam przesiasc sie na autobus juz bezposrednio do granicy. Nastepnego dnia spotkalam sie z Kim w umowionym miejscu Funky Dog, zjadlysmy sniadanie, przedyskutowalismy dalszy plan dzialania i o 9.30 bylysmy na dworcu ucieszone, ze za chwile wsiadziemy do autobusu i pomkniemy do Chinag Khong. No i przyszlo rozczarowanie, bilety zostaly wykupione z racji swieta panstwowego – urodziny krola Tajlandii. Nastepne wolne miejsca byly na autobus odchodzacy dopiero o 14.10. Ok, szybka decyzja, bilety kupione, czas zabic jakos 4h. Padl pomysl poddania sie rekom specjalisty od masazu tajskiego, jako, ze w koncu bylam w Tajlandii, tego tez chcialam doswiadczyc. Zrzucilysmy glowne bagaze do przechowalni i udalysmy sie po raz ostatni do centrum Chiang Mai w poszukiwaniu salonu oddnowy. Mijalysmy budy z jedzeniem gdzie sobie dogodzilysmy bananami z grila, kawalkami swiezego anansa z torebki, chinskimi pierogami czy tez owocowymi shakami (zmixsowane owoce z lodem – pycha!). Zahaczylysmy o stragany z ciuchami gdzie zakupilam sobie, ostatni krzyk mody w Azji, spodnie z krokiem w kostkachSmile  W koncu trafilam na salon gdzie za jedyne 150BHT przez godzine pani martletowal cale moje cialo. Istna przyjemnosc! Przy relaksujacej muzyczce, zupelnie sie wyluzowalam tak, ze przez chwile czulam sie jak w innym wymierze swiadomosci. A tu jeszcze 3h drogi w lokalnym autobusie na mnie czekaly. Udalysmy sie na dworzec. Autobus podjechal. W wiekszosci sami ‘lokersi’ plus moze 6-sciu bialych. No to jedziemy a autobusem trzesie jak w kolysce Ali Smile Jezzzuusss, mysle sobie, to bedzie jazda. Jednak po paru minutach bujania oddalam sie wrece blogiego snu z przerwami na szybka orientacje w terenie. Bylo juz ciemno jak zajechalysmy do Chinag Rai. Na dworcu sprawdzilysmy odjazdy autobusow do Chinag Khong. Spoznilysmy sie godzine, ostatni atutobus odjezdzal o 17.00. Nie pozostalo nam nic innego jak nocowac w Chinag Rai. Szybkie szukanie kawatery. Z tym byl maly problem, jako, ze przyjachalysmy do miasteczka dosc pozno wiekszosc kwater w centrum miasta bylo zajetych, pozostalo nam szukac bardziej na zewnatrz. Wybor padl na Boonbundan Guest House. Pokojowi przydalaby sie nowa warstwa chociazby farby ale jako, ze miejscowka byla tania i tylko na jedna noc, przymknelysmy na to oko. Wieczorny spacer po miescie, ostatnie zakupy, kolacja w jednej z resturacji, drink w hippi barze i o 11 bylysmy juz ululane. Nastepnego dnia pobudka o 5 rano, zeby zdazyc na autobus o 6-stej. Tym razem tylko 2h i juz byslysmy na granicy. Po drodze okazal nam sie obraz minichow udajacych sie na modlitwy i odbierajacych ofiare w postacji lepkiego ryzu od miejscowej ludnosci. Piekny widok. Dojechalysmy na granice. Dalej tylko formalnosci, papierki, wizy, wymiana gotowki i po jakiejs godzinie bylysmy gotowe do dalszej drogi. Zdecydowalysmy sie na dwudniowy splyw lodka po rzece Mekong wprost do miejscowosci Luang Prabang. Tuk-tukiem dotarlysmy do ‘portu’ gdzie lodki czekaly do dalszej drogi. Kupilysmy bilety, zrzucilysmy bagaze, zajelysmy sobie siedzace miejsca na drewnianej lawce bez poduszki pod 4-literowa czescia ciala, kupilysmy prowiant (po kanapce z tunczykiem – chleb zdecydowanie jest lepszy po laotanskiej stronie rzeki). Pozostalo nam tylko czekac na reszte ‘gosci’. Z godzinnym opoznieniem wyruszylysmy na 6-godzinny rejs po rzece Mekong. Przyjemnosci raczej nie bylo a tylko odciski na pupie i skurcze miesni. To tak jakby zafundowac sobie splyw Dunajcem przez 6h na drewnianej barce. Widoki przepiekne, zaczyna sie plasko, z wody wystaja liczne glazy, w srodkowej czesci jest dosc gorzyscie a miejscami na gorskich zboczach widac tradycyjne wioski. O 6 wieczorem dotarlismy do Pak Beng, niewielkiej miejscowosci gdzie zatrzymalismy sie na nocleg. Wraz z Kim znalazlysmy pokoj za cale 50.000KIP (5e)! Po krotkim odpoczynku wyszlysmy na rekonesans miesciny i cos laotanskiego do jedzenia. Cala miejscowosc to jedna w sumie niedluga ulica, przy ktorej mieszcza sie guesthousy, resturacje i stragany z jedzeniem. Czyli to samo co w calej Azji. Usiadlysmy w knajpie i zamowilam laotanska potrawe z kurczakiem: zmielony kuczak przyprawiony na ostro z duza iloscia kolendry i miety (srednio smaczne jak na moj gust). Wypilysmy po piwku i udalysmy sie spac. Pobudka wczesnie rano, szybkie sniadanie (jak jest to mozliwe przy tutejszym wyluzowanym stylu bycia) i dalej na lodke. A tam zaskoczenie, wygodne miejsca w lodce zajete, zostaly same drewniane lawki (powtorka z dnia poprzedniego!). Pieknie, pomyslalam, no to mamy przyjemna jazde z glowy. Udalam sie po szybki prowiant na droge. Wracam a tam Kim krzyczy z brzegu, ze zamienila lodke na bardziej luksusowa. Happy days!! Droga moze nie bedzie taka meczaca, mysle sobie. I nie jest!! Wrecz przeciwnie!! Siedzenia mieciutkie, samochodowe, z odchylanymi do tylu oparciami. Na przeciwko nas usiadly Stef ze Szwajcarii i Eimee ze Stanow. Krotkie gadu gadu, ksiazeczka, od czasu rzut oka za burte na Mekong i tak mija 6h. O 16.30 dobijamy do Luang Prabang. Szybkie szukanie kwatery. Znajdujemy nieduzy pokoj z dala od glownej ulicy miasta za ok 80.000KIP (dzielimy po polowie). Tego dnia nie robimy nic wiecej, szukamy knajpy do zjedzenia czegsc dobrego jako, ze kanapki z tunczykiem wychodza nam juz bokiem. Udajemy sie na glowna ulice miasta a tam wlasnie odbywa sie nocny market na calej jej dlugosci. Na samym jej koncu znajdujemy stoiska z jedzeniem i tak za jedyne 10.000KIP (1e) gogadzamy naszym zoladkom.

DSC_1004 DSC_0983

 DSC_1020DSC_1040

DSC_1017 DSC_1018

Tajlandia–podsumowanie

Oki, czas na szybkie podsumowanie pobytu w Tajlandii. I jak mam w zwyczaju wypisze w punktach to co zaobserwowalam i co uwazam za istotne:

1. Nalezy przed wjazdem do Tajlandii zaopatrzyc sie w bilet powrotny z kraju, inaczej przechodzi sie przez malutkie piekielko przy wyrabianiu wizy on arrival. Moze tez udac sie bezposrednio do Ambasady Tajlandii w Polsce czy tez w innym kraju w zaleznosci gdzie sie jest. Goraco polecam ta opcje.

2. Zwiedzilam tylko Bangkok i polnocna czesc kraju. Dwa tygodnie na wizie przy wjezdzie do kraju to zdecydowanie za krotko. Nastepnym razem pomine polnoc i od razu udam sie na przepiekne (podobno, uslyszne opinie innych podroznikow i turystow) plaze wysp poludniowych.

3. Bangkok jest zatloczony, zanieczyszczony, glosny i brudny. Ale mimo wszystko to miasto ma pewien podprogowy urok. No bo albo sie Bangkok od razu pokocha, albo sie nienawidzi. Ja wybralam pierwsza opcje.

4. Cenowo Tajlandia wyszla najtaniej z wszystkich dotad odwiedzonych przeze mnie krajow. Nocleg w Bangkoku udalo mi sie znalezc dosc tanio na obrzezach turystycznej dzielnicy Khao San. Jedna noc w guesthousie Bangkok House, bardzo przyjemny z super przyjazdna atmosfera, za 180BHT za pojedynczy pokoj. W Chiang Mai placilam za pokoj dwuosobowy 200BHT (20zl).

5. Wycieczka jednodoniowa do Kanchanaburi kosztowala 500BHT plus koszt wejscia do Tiger Temple (500BHT – nie polecam, chyba ze ktos lubi popatrzec na uciemiezone zwierzeta). Trzydniowy trekking w gorach zakupiony w Chiang Mai kosztowal 1600BHT. Kurs gotowania rowniez w Chiang Mai 900BHT.

6. Dodatkowe koszty poniesione w Tajlandii: wiza do Wietnamu – 2300BHT, wizyta lekarska – 1200BHT.

7. Lokalna ludnosci bardzo przyjazna. Wszedzie mozna dojechac samemu publicznymi autobusami lub pociagami lub tez zorganizowac trase wyjazdu w biurze. Pewien hiszpan zorganizowal swoj pobyt w Tajlandii juz w Bangkoku ale zaplacil straszliwa sume za ‘lenistwo’ (ok. 10.000BHT).

8. Do Tajlandii przyjezdza duzo ‘wakacyjnych’ turystow, ludzi ktorym udalo sie wyrwac z biura na 2 tygodnie urlopu. Jesli chodzi o podrozujacych z odlegla data biletu powrotnego, najczesciej sa to mlodzi ludzie badz tez studenci.

9. Zjawisko ‘sponsoringu’ jest wszedzie obecne. Zaobserwowalam gro panow w srednim wieku z bogatego zachodu w towarzystwie mlodych Tajlandek. Trudno mi sie bylo przekonac do tego widoku i odczuwalam lekki niesmak. No ale nie mnie to oceniac. Po prostu odwracam glowe w druga strone. Do jednego wora wrzuce panow ‘Ladyboys’ (z drugiej nie bardzo wiem czy to sa ‘juz’ panie?). Dla niewtajemniczonych, sa to najczescie mlodzi mezczyzni bedacy w trakcie zmiany plci. Spotykalam ich najczesciej na ulicy lub w tez w sklepie. Zasada jest jedna, jak widzialam ‘kobiete’ z duza iloscia makeupu na twarzy lub tez podejrzanie zbudowana, duza szansa, ze to wlasnie Ladyboy.

10. W Bangkoku najczesciej slyszlam na ulicy jezyk niemiecki. Spotkalam tez sporo kanadyjczykow, a takze ludzi z mniej popularnych regionow Europy jak Slowenia, Estonia czy Polska. Tak, spotkalam rodakow na zajeciach z gotowania w Chiang Mai Smile Fajnie sie pichci tajskie potrawy i za razem wspomina polski kapusniak czy ogorki kiszone.

Monday, 13 December 2010

Trekking w gorach Doi Intchanon (1-3 gru)

Wykupilam sobie wycieczke – 3 dniowy trekking po Parku Narodowym Doi Intchanon, jakies 30 km od Chiang Mai. Mialo byc dziko, malo komercyjnie, kameralnie, z duza iloscia atrakcji. Tuz o 9 rano podjechal pod moja kwatere umowiony transport, jak sie pozniej okazalo, z naszym przewodnikiem. Odebralismy po drodze jeszcze 2 osoby: matke i corke z Estonii. Przez cala droge wymienialysmy sie doswiadczeniami z Tajlandii, a podroz trwala jakas godzine. Po drodze zatrzymalismy sie na rynku zrobic ostatnie zakupy spozywcze. Dla mnie bomba bo wyszlam z domu bez sniadania. Z pelnym brzuchem ruszylismy dalej az dostarlismy do farmy sloni. Tam czekala na nas przejazdzka. Jak popatrzylam sobie na te umordowane zwierzeta, przywiazane grubym lancuchem do ziemi, stojace na sloncu caly dzien, gdzie ich jedyna aktywanoscia ruchowa sprowadza sie do kroku w przod i tyl, z licznymi ranami na glowie od ostrego narzedzia do ujarzmiania sloni, to poczulam smutek i zlosc. Na przejazdzke na sloniu nie mialam wiekszej ochoty. Ale doswiadczenie warte zanotowania wiec wsiadlam. W sumie nic przyjemnego, buja na boki i mialam wrazenie, ze zaraz spadne z wysokosci. Poza tym sloniatka bardzo przyjemne i cieple, ale o bardzo smutnych oczach. Doswiadczenie wpisuje w kategorie zaliczonych ale z negatywnym odczuciem. Podobnie bylo w Tiger Temple, gdzie wybralam sie na jednodniowa wycieczke z Bangkoku zobaczyc tygrysy. Glownym celem trzymania tych zwierzat w swiatynii jest ochrona gatunku. W rzeczywistosci tygrysy przez caly dzien siedza na sloncu przywiazane za szyje do ziemii pozuja turystom do zdjec! Natomiast ich opiekuni za wszelka cene probuja zlamac ich ducha. Okropny i okrutny widok.

DSC_0958 DSC_0770

Wracajac do mojego trekkingu po doswiadczeniu ze sloniami ruszylismy w gory, przewodnik i 3 kobiety. Po 2h marszu dla odswiezenia bylo kapanie w zimnym wodospadzie, dalej przeprawa przez chaszcze i gorskie strumienie, az dotarlismy do wioski polozonej wysoko w gorach gdzie przyszlo nam nocowac. Gospodyni ugotowala nam przepyszne curry z kurczakiem plus warzywa z tofu i ryz. Zjadlam chyba ze 3 porcje! Zapadl zmrok. Nasz przewodnik rozpalil ognisko, na ktore od dluzszego juz czasu mialam ochote. Gospodyni wrzucila w popiol 2 ziemniaki. Po 1.5h nadawaly sie do jedzenia. W smaku – ziemniak polski, ale w teksturze – kurczak czy tez ananas. No i zdecydowanie z sola lepszy. Gospodarz natomiast uraczyl nas domowym specjalem – bimbrem z lepkiego ryzu. No prawie pychota, w smaku przypominalo sake. I tak z przepelnionym brzuchem, z piwem w rece i krazacym wokol ogniska bimbrem siedzielismy do pozna (znaczy do 9 wieczorSmile). Spanie w drewnianej chacie na cienkim materacu pod piecioma kocami. I tak w nocy zimno bylo. No coz, sama tego chcialam, polowych warunkow, dziczy i dzungli. I to dostalam.

DSC_0806 DSC_0822 DSC_0828 DSC_0840

Dzien nastepny zaczelismy od sniadania i 2h trekkingu. Jako, ze dla Estonek byl to dzien powrotu do Chiang Mai, przewodnik i ja dolaczylismy do innej grupy, trzech kobiet z Kanady i part francuzow. Tym razem juz samochodem wybralismy sie zobaczyc stupa (lub tez pogoda) wybudowane na szczycie gory specjalnie dla krola i krolowej Tajlandii. W sumie nic specjalnego, dwie budowle w ksztalcie stozka ale przed nami roztaczal sie przepiekny widok na birmanska strone gor. Po lunczu dwie Estonki nas opuscily a my rozpoczelismy trekking od wioski ludnosci etnicznej, dalej przez szkole podstawowa oraz specjalna strefe rolnicza (gdzie objadlam sie owocami podobnymi do naszych jezyn) wprost do lasu i dzungli. I tak sobie szlismy przez jakies kolejne 2h az dotarlismy do miejsca naszego spoczynku, cos w rodzaju obozu czyli wybudowanej na skraju lasu drewnianej chaty. Tym razem przymusowa kapiel w gorskim strumieniu, ognisko i obiad (gotowany notabene przez nasz ‘gospodynie’). Gadu gadu do pozna z lokalnym przewodnikiem gdzie poznalam historie plemienia z polnocnej czesci Tajlandii i ich sporu z Birma. Fantastyczny czas spedzony tak jak lubie najbardziejSmile Spanie ponownie o 9 wieczor pod 6 kocami.

DSC_0862 DSC_0892

DSC_0907 DSC_0925-1

 

Dzien 3 trekkingu to ponownie sniadanie, marsz przez jakas godzine i splyw babmusowa tratwa po jednej z nieduzych rzek. To byla jazda! Ulokowalam sie z 3 kanadyjkami na tratwie w calosci ubrane. Poczatkowo bylo spokojnie i sucho ale pozniej coraz bardziej mokro i mokro i mokro. Zabawa jak sie patrzy!! Cala jazda skonczyla sie ok 15.00 i pozostalo tylko dostac sie do Chiang Mai. Po powrocie wszyscy udalismy sie na kolacje do pobliskiej resturacji i wieczornego drinka. Tym akcentem zakonczyla sie moja 3 dniowa przygoda ze wsia tajlandzka i jej dzika natura.

DSC_0949 DSC_0953

Tuesday, 7 December 2010

Chiang Mai (27–30 list)

Podroz nocnym pociagiem z Bangkoku do Chiang Mai minela przyjemnie. Wykupilam sobie 2 klase wagonu sypialnego z gornym lozkiem. Moim bezposrednim sasiadem byl chlopak z Barcelony samotnie podrozujacy przez pol roku po swiecie. Wymienilismy sie wrazeniami z naszych podrozy, dowiedzialam sie jak ‘uroczo’ jest w Indiach, rozmawialismy o dlaszych planach i ogolnie o zyciu. Sasiadami z przedzialu na przeciwko byla hipi-para japonczykow z 4 letnim chlopcem. Maly szybko zawinal sie do spania. Zreszta nie tylko maly, wiekszosc ludzi z wagonu juz o 21.00 spala. Zachowanie innych wplynelo konformistycznie na mnie i rozmowe z moim nowym katalonskim kolega zakonczylam i udalam sie na swoja gorna prycz (jak kura na grzedzie Smile).

DSC_0629

Tajlandzka kolej przypomina bardziej nasz rodzima, bynajmniej nie ma nic wspolnego z japonskim Shinkansen. Pociag toczyl sie po torach bardzoooo wolno, kolyszac sie na boki. Za oknem ciemno wiec widoki zadne a i tak moja gorna prycz nie przewidywala okna. I tak sobie lezac na dosc waskim lozku, asekurowana pasami bezpieczenstwa, oswietlona niczym choinka swiatlem z korytarza, probowalam spac. Towarzyszylo mi dziwne uczucie niepewnosci i obawy o moje zdrowie w momencie hamowania. No bo przeciez latwo jest spasc z 2 metrow w trakcie snu. To przeswiadczenie nie pozwolilo zanuzyc sie w glebokim snie. No ale przeciez nie takie warunki sie znosilo: ponad 12h na siedzaco w drodze nad polskie morze, brak ogrzewania w wagonie jadac na narty do Szklarskiej lub brak prowiantu przez jakies 12h wracajac z Mielna (kasy braklo). To byly czasy Open-mouthed smile Tuz po 6 rano wynurzyl sie widok za okna. Jakze inne od zatloczonego i znieczyszczonego Bangkoku. Zielono, w tle gorzyscie, pola ryzowe i lasy bambusowe. Po ok. 15 godzinach spedzonych w pociagu dotarlismy na miejsce. Zabralam sie do centrum miasta z moim katalonskim kolega. Tym razem nachodzilam sie szukajac noclegu. Odwiedzilam jakies 10 zanim trafilam do bardzo przyjemnego drewnianego malego guesthouseu za 200BHT (5e lub 20 zl). Szybki prysznic i na miasto. Zwiedzalam centrum Chiang Mai ale odpuscilam sobie swiatynie, probowalam przekasek na miejscowym rynku, przeszukiwalam oferty agencji turystycznych proponujacych atrakcje i tak zeszlo mi do wieczora, kiedy to odbywal sie niedzielny rynek. Pare glownych ulic Chiang Mai zamknieto dla ruchu samochodowego a rozstawiono kramy z roznosciami: jedzeniem, ubraniami, bizuteria, rekodzielem, zabawkami i stanowiskami do masazu. Bylo tego duzo i bardzo kolorowo. Zupelnie nieprzewidywanie trafilam do swiatynii skuszona cieplymi barwami lampionow. Zlazilam sie dobre 3h zanim zmeczona dotarlam na kwatere.

DSC_0655 DSC_0696

 DSC_0670 DSC_0650

Nastepnego dnia wstalam wczesnie rano. Zarezerwowany mialam kurs gotwania w stylu tajskim (Thai cooking classes). Na miejscu przydzielona zostalam do grupy z 5 dziewczynami z Kanady, Chin i Slowenii. W drugim pokoju byla jeszcze jedna duza grupa, w ktorej znalazlo sie dwoch polakow. Kurs byl super! Na poczatku wybralismy sie na lokalny rynek zakupic potrzebne skladniki i dowiedziec sie o lokalnych warzywach, przyprawach, wyrobach. Wprost z rynku udalismy sie do kuchii. Na pierwszy ogien poszlo smazone krewetki w przyprawie curry. Dziewczyna prowadzaca pokazywala nam krok po kroku sposob przyrzadzenia??? potrawy, poznie byla nasza kolej. Najlepszym z tego wyszystkiego byl moment kulminacyjny, gdy potrawe wlasnorecznie przygotowana zajadalo sie ze smakiem. Przyrzadzenie mojego dania zajelo doslownie 5 minut a wyszlo rewelacyjne! Palce lizac. Nastepne w kolejnosci byly: saladka z papaji (papaya salad), zupa kurczak w mleku kokosowym (chicken in coconut milk), zielona pasta curry, zielone curry z kurczakiem (green curry with chicken) a na deser chestnuts w mleku kokosowym (water chestnut in coconut milk). Wszystko wyszlo wysmienicie!! Dawno nie mialam takiej uczty kulinarnej a moje doznania smakowe i zmyslowe w koncu zostaly dopieszczone Smile 

DSC_0738 DSC_0736 DSC_0747

Wieczorem wybralam sie z dziewczzynamiz kursu i moim katalonskim kolega na piwo do lokalu prowadzonego przez irlandczyka. Suprise, supriseSmile Spotkanie bez rewelacji. Bez planu na nastepny dzien wrocilam na kwatere.

Monday, 6 December 2010

Bangkok, Tajlandia (22-27 list)

Po 4h spedzonych na pokladzie samolotu w koncu stanelam na ziemi. Lotnisko w Bangkoku bardzo przyjemne, zmodernizowane, nowe, dobrze zorganizowane. Zachecajacy wstep do dalszego podrozowania po Tajlandii. Udalam sie po wize on arrival. Wypelnilam formularz, zalaczylam zdjecie, udalam sie do celnika w okienku. Ten zarzadal biletu powrotnego. Wzruszylam tylko ramionami a ten ze zloscia w glosie odeslal mnie do poczekalni. ‘Nie ma biletu powrotnego, nie ma wjazdu’. Spodziewalam sie takiego rozpoczecia podrozy w Tajlandii ale myslalam, ze sie uda. Niestety, nie udalo. Co tu robic? Znalazlam kawiarenke internetowowa i zaczelam szukac lotow. Pierwsza opcja: znalezc lot z mozliwoscia zwrotu calosci sumy w momencie cancelowania lotu (tuz po przekroczeniu granicy); druga opcja: ‘podretuszowac’ jakis stary wczesniejszy lot z data pasujaca do tajskiej wizy i wylotem z Tajlandii; opcja trzecia: kupic najtanszy lot z wylotem za dwa tygodnie do jakiegokolwiek miejsca poza Tajlandia. Probowalam wszystkich opcji, spedzilam prawie godzine na internecie zamartwiajac sie o swoj bagaz. Po godzinie zdecydowalam sie kupic najtanszy bilet do Phnom Penh za 55e, ktorego i tak nie wykorzystam!! Poszlo do druku. Celnik z usmiechem na twarzy przekazala mi paszport z wbita wiza. Mnie do smiechu nie bylo, poczatek podrozy w Tajlandii a juz zaczynaja sie schody. Zanlazalam sie w Tajlandii. Teraz tylko plecak. Na tabilcy informacyjnej o bagazach brak mojego lotu. No tak jestem godzine spozniona. Pytam pracownika lotniska, ten wskazuje mi numer pasa z bagazami. Moj czerwony plecaczek rozpoznaje z odleglosci. Ufff, udalo sie. Teraz tylko dostac sie do miasta. Wybieram opcje trudniejsza – dojazd do miasta na wlasna reke. Wczesniej na necie ktosc udzielal rad jak sie dostac do centrum, informacje spisalam i dalej w droge. Dojezdzam na terminal autobusowy bezplatnym autobusem prosto z lotniska, szukam autobusu nr 509. Taki z tego terminalu nie odchodzi. No pieknie, zmuszona jestem wrocic na lotnisko. Marnuje cenny czas, robi sie ciemno a mnie jeszcze czeka szukanie kwatery. Z lotniska biore pociag po prawie godzinie czekania. No coz, jestem w Azji a tutaj czas wolniej plynie. Pociag jest krociotki i wypchany po brzegi. Jade z 40 min. Wysiadam na glownej stacji w centrum gdzie mialam zlapac publiczny autobus do dzielnicy Kao San. Mimo uprzejmosci Tajow, nikt nie jest w stanie mi pomoc. Udaje sie do Victory Monument Station i stamtad lapie autobus. W autobusie oprocz kierujacego jest pani sprzedajaca bilety. Jest ciemno, czuje sie zupelnie zdezorientowana, nie wiem gdzie jestem i co sie dzieje, ale czuje sie bezpiecznie. Docieram do na plac Democracy Monument. Moj plecak znowu dobil do 18 kg i bardzo ciazy mi na plecach. Kregoslu domaga sie odpoczynku. Biore taxi i jedziemy jakies 5 minut. Wysiadam na ulicy gdzie znajduje sie guesthouse, do ktorego chcialam sie udac ale nie zabookowalam wczesniej. Idac ulica trafiam do innego guesthousu Bangkok House. Miejsce wydaje sie byc przytulne, ciche, schowane mniedzy budynkami ale bardzo przyjemne. Biore pokoj za 250BHT z podwojnym lozkiem (25zl). Szybki prysznic, rozkladam moskitiere i usypiam w 2 minuty.

Nastepnych pare dni decyduje sie spedzic w tym samym guesthousie ale pokoj zamienilam na pojedynczy, tanszy. Nastepnego dnia (wtorek) udaje sie do ambasady wietnamskiej w celu wyrobienia wizy. Przy sniadaniu poznaje pare Niemcow i azjatke z Singapuru. Dowiaduje sie od nich jak udac sie do dzielnicy Siam gdzie Ambasad sie znajduje. Wybieramy sie z azjatka na przystanek publicznych lodek plywajacych po rzece Chao Phraya. Plyne z 40 min do ostatniej stacji. Podziwiam widoki, rozkoszuje sie architektura Bangkoku widziana z lodki: Grand Palace, swiatynie Wat Phra Kaew i Wat Pho, nowoczesny Bangkok tuz przy stacji koncowej oraz biede i brud w wiekszej czesci rzeki. Przesiadam sie do Sky train i, podobnie jak w Tokyo, z wysokosci 6  rozposciera sie widok na miasto. Jestem dosc zaskoczona, ze Bangkok ma tak dobrze rozwiniety system komunikacji miejskiej. Niektore kraje (czytaj Irl) moglyby brac z niego przykladSmile Ale to nie koniec niespodzianki. Dojezdzam na miejsce a moim oczom ukazuje sie betonowy Bangkok, z wysokimi biurowcami, nowoczesnym systemem drog i korytarzy dla pieszych przecinajacym sie na kilku poziomach, z ‘bogatymi’ sklepami typu Prada czy Dolce & Gabana. Zbliza sie godzina lunczu, na ulicach robi sie tloczno, idac z kierunku ambasady mijam wscisniety gdzies miedzy wielkimi nowoczesnymi budynkami maly ryneczek z lokalnym jedzeniem. Nie moge oprzec sie pokusie i zapachom, wkraczam w paszcze lwaSmile Roznosci kolorowe, o roznych ksztaltach, slodkosci, pysznosci smazone i swieze. Kupuje polowke ananasa za 20Bht (2zl), pare plastrow arbuza za kolejne (10Bht), paczke orzechow zlepionych karmelem (30Bht), husteczke na glowe (20Bht). Ucieszona zakupami udaje sie do ambasady. Wypelniam wniosek, place za wize (2300Bht!), do odbioru nastepnego dnia. Happy days! Teraz bede mogla zdecydowac co dalej bede robic w Tajlandii. Chce jechac na poludnie i wyspe Ko Tao ale moje rana na lewiej stopie wyglada dosc niepokojaco. Probuje walczyc z rana sama ale ta bitwa wydaje sie przegrana. W drodze powrotnej zahaczam o swietynie Wat Pho z olbrzymim lezacym budda.Wieczor spedzam w towarzystwie wczesniej poznanej pary Niemcow (grubo po 50-tce) i Singapurki (jak to sie odmienia?). Byla ‘kolacja’ na straganie i wieczorna szysza Smile 

DSC_0301 DSC_0613 

DSC_0318 DSC_0346

DSC_0372 DSC_0387 

Nastepnego dnia udaje sie do dzielnicy Chianatown w Bangkoku w celu konsultacji i zakupu srodka chinskiego na moja rane. Wkraczam do Chinatown a tam stragany na kazdym rogu sprzedajace jedzenie roznego rodzaju wymieszane ze straganami z ciuchami oraz sklepikami z medycyna chinska. Prosze o masc zapobiegajaca zawilgoceniu ran a przemily pan podaje mi adres najblizszego lekarza. Ups, wkradla mi sie infekcja i potrzebny bedzie antybiotyk. Zachodze pod wskazany adres a tu moim oczom ukazuje sie szpital. W rejestracji prosze o wizyte lekarska. Przedstawiam moja sytuacje. Po paru minutach wprowadzaja mnie do pokoju przyjec. Z pietnascie uczacych sie pielegniarek i pielegniarzy z maskami na twarzy otacza mnie lukiem. Wizja utraty placa lub calej stopy i uczucie samotnosci sprawia, ze nie wytrzymuje napiecia i rozplakuje sie jak beksa. Pojawia sie lekarz, komunikacja po ang idzie slabo. Robia mi przeswietlenie stopy (po co?!), czyszcza rane, przepisuja mi antybiotyk. Wszyscy sa bardzo mili i lekarz dokladny. Dostaje polecenie pojawienia sie u specjalisty nastepnego dnia. Mysle sobie, to juz chyba jakis joke, czyste wyciaganie kasy od glupiego turysty! Mam zakaz wchodzenia do wody. Przynajmniej podejmowanie decyzji bedzie latwiejsze. Odchodzi opcja nurkowania w Ko Tao (poza tym slabe warunki pogodowe w tej czesci Tajlandii). Place za ta przyjemnosc i kustykajac udaje sie do ambasady po moja wize.

 DSC_0414 DSC_0416

DSC_0434 DSC_0431

W czwartkowy poranek decyduje sie udac na stacje pociagow w celu zakupienia biletu na wieczorny pociag do Chiang Mai. Niestety wszystko jest zbookowane a najblizszy wolny termin to sobota. Nie mam wyjscia, biore! Mam extra dwa dni na zwiedzanie Bangkoku. Tego dnia przechadzam sie po Chianatown miedzy straganami z jedzeniem i bibelotami oraz zwiedzam swiatynie Wat Trimitr i Wat Arun. Wracam na kwatere i bookuje pokoj na kolejne 2 noce. Wieczorem udaje sie na zwiedzanie dzielnicy Kao San. W jednej z agencji turystcznej w turystycznej dzielnicy Bangkoku bookuje jednodniowa wycieczke na nastepny dzien do Kanchanaburi. O tym w nowym poscie.

DSC_0407 DSC_0441 DSC_0450